czwartek, 10 marzec 2016 11:46

    Do kiedy odpowiada reklamodawca?

    Daimler, producent pojazdów samochodowych, jest właścicielem słowno-graficznego międzynarodowego znaku towarowego Mercedes-Benz, którego ochrona obejmuje także Węgry, a który w szczególności dotyczy części do pojazdów samochodowych.

    Együd Garage jest spółką prawa węgierskiego, której działalność obejmuje handel detaliczny pojazdami samochodowymi i częściami zamiennymi do tych pojazdów, a także ich naprawę i serwisowanie. Spółka ta specjalizuje się w sprzedaży towarów Daimlera i w usługach, które ich dotyczą. Począwszy od 2007 r., Mercedes Benz Hungaria Kft., spółka zależna Daimlera niebędąca stroną rozpatrywanego w postępowaniu głównym sporu – i Együd Garage były związane umową o świadczenie usług posprzedażowych, która to umowa przestała obowiązywać w dniu 31 marca 2012 r. Zgodnie z tą umową Együd Garage miała, poza prawem używania wspomnianego znaku towarowego, prawo do umieszczania w ogłoszeniach wzmianki „felhatalmazott Mercedes-Benz szerviz” („autoryzowany warsztat Mercedes‑Benz”). Gdy jeszcze obowiązywała umowa o świadczenie usług posprzedażowych, Együd Garage zamówiła u Magyar Telefonkönyvkiadó Társaság (MTT) publikację, w okresie obejmującym lata 2011–2012, ogłoszenia wskazującego, że spółka Együd Garage jest autoryzowanym warsztatem Mercedes‑Benz.

    W następstwie rozwiązania wspomnianej umowy Együd Garage dążyła do usunięcia wszelkich wypadków używania spornego znaku towarowego mogących skłonić odbiorców do uznania, że utrzymuje ona jeszcze stosunek umowny z Daimlerem. Együd Garage zażądała w szczególności od MTT zmiany ogłoszenia, tak aby nie wskazywało ono już Együd Garage jako autoryzowanego warsztatu Mercedes‑Benz. Együd Garage zażądała ponadto pisemnie od podmiotów prowadzących szereg innych serwisów internetowych usunięcia ogłoszeń online, w których przedstawiano tę spółkę jako autoryzowany warsztat Mercedes‑Benz, a które zostały opublikowane bez jej zgody, a w szczególności bez zamówienia ich przez Együd Garage. Pomimo to, ogłoszenia online zawierające taką wzmiankę nadal były rozpowszechniane w Internecie. Ponadto wprowadzenie słów kluczowych „együd” i „garage” w wyszukiwarce Google prowadziło do listy wyników ukazujących takie ogłoszenia, w których pierwszy wiersz tekstu funkcjonujący jako link kwalifikował Együd Garage jako „autoryzowany warsztat Mercedes‑Benz”.

    Daimler wniósł pozew mający na celu stwierdzenie popełniania przez Együd Garage naruszeń znaku towarowego Mercedes‑Benz. Együd Garage broniła się, że z wyjątkiem ogłoszenia, które ukazało się w serwisie www.telefonkonyv.hu, nie umieszczała ona żadnego innego ogłoszenia w Internecie oraz że sporne ogłoszenia ukazały się niezależnie od jej woli. Sąd w postępowaniu krajowym spytał wiec Trybunał Sprawiedliwości UE, czy właściciel znaku towarowego ma prawo występować przeciwko osobie trzeciej wskazanej w ogłoszeniu w Internecie zawierającym oznaczenie, które można pomylić z jego znakiem towarowym, dotyczące usług tej osoby trzeciej, gdy ogłoszenie to nie zostało zamieszczone w Internecie przez wskazaną w nim osobę ani w jej imieniu, mimo że wskazana w nim osoba podjęła działania w celu jego usunięcia, jednak bez powodzenia.

    Trybunał w wyroku z 3 marca 2016 r. wskazał, że o ile zamieszczenie w serwisie internetowym zawierającym odesłania online ogłoszenia reklamowego wskazującego znak towarowy innego podmiotu przypisuje się reklamodawcy, który zamówił to ogłoszenie, o tyle nie można przypisywać temu reklamodawcy działań ani zaniechań takiego usługodawcy, który – umyślnie lub przez niedbalstwo – wykracza poza udzielone mu wyraźnie przez wspomnianego reklamodawcę wskazówki mające właśnie na celu uniknięcie używania danego znaku towarowego. A zatem gdy wspomniany usługodawca zaniechuje uwzględnienia żądania reklamodawcy odnoszącego się do usunięcia spornego ogłoszenia lub zawartego w nim wskazania znaku towarowego, to ukazywania się wspomnianego wskazania w serwisie internetowym zawierającym odesłania nie można już analizować jako używania znaku towarowego przez reklamodawcę.

    Dział: Prawo autorskie
    poniedziałek, 28 kwiecień 2014 14:34

    Wojskowe znaki towarowe

    Znaki towarowe rejestrowane są nie tylko przez przedsiębiorców. Są też inne podmioty, którym nie podobałoby się zbytnio, gdyby ktoś używał ich oznaczeń. Czasem rejestracja znaków towarowych jest też sposobem na uniknięcie ich prześmiewczego wykorzystania przez inne podmioty.

    Takie działania podejmuje na przykład amerykańskie wojsko. Choć na pierwszy rzut oka nie wydaje się, że tak potężny podmiot przejmowałby się znakami towarowymi, w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Co więcej, wojsko ma pełne prawo do rejestrowania znaków towarowych tak samo, jak inni przedsiębiorcy, z wyłączeniem jednak elementów, które mogą i powinny być używane przez inne jednostki, na przykład symboli stopni wojskowych.


    W ostatnich latach amerykańskie wojsko nie cieszy się już popularnością i pozytywnymi emocjami, co miało miejsce po ataku 11 września. Co więcej, wojsko stawało się często przedmiotem ataków jego przeciwników. Obronę przed nimi stanowi między innymi właśnie rejestracja znaków towarowych. W sytuacji, kiedy ktoś chciałby wyszydzić wojsko, używając do tego jego zastrzeżonych oznaczeń, można ukrócić takie działania, powołując się na ochronę znaków towarowych.

    Wyjątkowo płodni w rejestrowaniu znaków towarowych są U.S. Marines. Zgłosili oni wiosną 2014 r. do amerykańskiego urzędu patentowego wiele nowych znaków, między innymi takie jak:

    „OOHRAH!”, „A FEW GOOD MEN”, „WHICH WAY WOULD YOU RUN?” czy „DEVIL DOGS”. U.S. Navy również nie pozostaje w tyle. Amerykańska marynarka wojenna zgłosiła oznaczenia: „SEAL”, „BLUE ANGELS”, „NAVCLEAN” oraz „ALL HANDS” oraz, jako wzory przemysłowe, wzory używane na mundurach.
    Inne znaki towarowe zgłoszone przez amerykańską armię to między innymi “NEVER STOP ADVANCING”, “STARTING STRONG”, “BE A FORCE”, “TACTICAL BREATHER” oraz “A HEAD FOR THE FUTURE”.

    Co ciekawe, amerykańska armia używa posiadanych przez siebie znaków towarowych również dla zysku. Reprezentujące wojsko firmy oferują w sprzedaży koszulki, kubki, plakaty czy inne gadżety pokryte wojskowymi znakami i emblematami. Jak widać, wojskowi – a przynajmniej amerykańscy – są nie tylko waleczni, ale mają też smykałkę do handlu.

    wtorek, 16 luty 2016 14:19

    Jaki dokument w postępowaniu?

    Sąd UE wydał w lutym 2016 r. orzeczenie w przedmiocie kwestii, czy przedstawienie świadectwa przedłużenia rejestracji może wystarczyć do wykazania istnienia, ważności i zakresu ochrony znaku towarowego, na którym oparty został sprzeciw.

    Skarżąca podkreśla, że strona wnosząca sprzeciw musi przedstawić kopię świadectwa rejestracyjnego znaków, na których został oparty sprzeciw oraz, w odpowiednim przypadku, najnowsze świadectwo przedłużenia rejestracji, natomiast interwenient dostarczył jedynie świadectwa przedłużenia rejestracji. Interwenient faktycznie nie dostarczył świadectwa rejestracyjnego wcześniejszego znaku towarowego. W załączeniu do sprzeciwu przedstawił on bowiem jedynie świadectwo dotyczące ostatniego wniosku o przedłużenie rejestracji, a później świadectwo przedłużenia rejestracji.

    Zgodnie z brzmieniem pierwszej części rozporządzenia nr 2868/95 we francuskiej wersji tego przepisu, strona wnosząca sprzeciw jest zobowiązana przedstawić świadectwo rejestracyjne „et” (oraz), w odpowiednim przypadku, najnowsze świadectwo przedłużenia rejestracji wcześniejszego zarejestrowanego znaku towarowego niebędącego wspólnotowym znakiem towarowym. A zatem w myśl tego brzmienia strona wnosząca sprzeciw co do zasady musi przedstawić świadectwo rejestracyjne, nawet jeżeli przedkłada świadectwo przedłużenia rejestracji. Inne wersje językowe tego rozporządzenia, zawierając odpowiednik spójnika „et” – na przykład „and” w wersji angielskiej, „y” w wersji hiszpańskiej, „ed” w wersji włoskiej, „e” w wersji portugalskiej i „en” w wersji niderlandzkiej – potwierdzają, że co do zasady świadectwo rejestracyjne także musi zostać przedłożone.

    Prawdą jest, że w niemieckiej wersji zasady 19 ust. 2 lit. a) ppkt (ii) rozporządzenia nr 2868/95 użyto spójnika „oder” (lub). Jednakże zważywszy na fakt, że wersje: francuska, angielska, hiszpańska, włoska, portugalska i niderlandzka omawianego przepisu zawierają spójnik „i” lub jego odpowiedniki w tych językach, okoliczność, iż w wersji niemieckiej użyto spójnika „oder”, nie jest rozstrzygająca.

    W tym względzie nasuwa się pytanie, czy możliwość przedstawienia równoważnego dokumentu dotyczy wyłącznie obowiązku przedstawienia świadectwa przedłużenia rejestracji, czy też odnosi się również do obowiązku przedstawienia obu rozpatrywanych powyżej dokumentów, czyli zarówno do świadectwa rejestracyjnego, jak i do świadectwa przedłużenia rejestracji. Z gramatycznego punktu widzenia obie powyższe interpretacje są możliwe. W członie zdania „jeśli znak towarowy jest zarejestrowany, kopia odpowiedniego świadectwa rejestracyjnego oraz, w odpowiednim przypadku, najnowsze świadectwo przedłużenia rejestracji wskazujące, iż okres ochrony znaku towarowego jest dłuższy niż okres, o którym mowa w ust. 1, wraz z wszelkim przedłużeniem tego okresu lub równoważne dokumenty wydane przez urząd, który zarejestrował dany znak towarowy” element „lub równoważne dokumenty” może bowiem odnosić się zarówno do obu powyżej wskazanych elementów, czyli do świadectwa rejestracyjnego i do świadectwa przedłużenia rejestracji, jak i wyłącznie do drugiego z tych dokumentów.

    Przepis ten należy interpretować w ten sposób, że możliwość przedstawienia równoważnego dokumentu nie odnosi się wyłącznie do świadectwa przedłużenia rejestracji, ale zarówno do świadectwa rejestracyjnego, jak i do świadectwa przedłużenia rejestracji. Wymóg przedstawienia świadectwa rejestracyjnego nie ma celu samego w sobie, a służy sprawieniu, by OHIM znalazł się w posiadaniu wiarygodnego dowodu istnienia znaku towarowego, na którym został oparty sprzeciw. 

    Dział: Orzecznictwo
    poniedziałek, 15 luty 2016 14:11

    Brzmienie znaku towarowego

    Zgodnie z definicją, znakiem towarowym może być każde oznaczenie, które nadaje się do odróżniania towarów lub usług jednego przedsiębiorcy od towarów lub usług innego przedsiębiorcy, niezależnie od jego formy, jeśli tylko da się je przedstawić w postaci graficznej. Teoretycznie, mógłby to być również zapach, kolor czy nawet dźwięk. Jednak urzędy patentowe są w tej kwestii mało liberalne i niechętnie rejestrują odbiegające od normy znaki towarowe. Problematyczne jest bowiem właśnie przedstawienie graficzne takich znaków. O ile kolor można bowiem opisać dzięki wzornikowi PANTONE, a muzykę – dzięki zapisowi nutowemu, to jednak z zapachami bywa problem. Dlatego właśnie znaki dźwiękowe to specyficzne, ale jednak rejestrowalne oznaczenia.

    O rejestrację dźwiękowego znaku towarowego stara się od dwóch lat chińskie radio China Radio International. Jeżeli rejestracja przebiegłaby pomyślnie, byłby to pierwszy zarejestrowany znak dźwiękowy w Państwie Środka. Póki co, wszystko na to wskazuje. Chińskie urząd patentowy wydał bowiem ostatnio oświadczenie, w którym zapowiada rejestracje tego znaku.

    W skali świata nie jest to jednak pomysł oryginalny. Przykładowo, dźwięk wykorzystywany w czołówce wiadomości stacji NBC został zarejestrowany już w 1971 r. W 2014 r. został też zgłoszony znak w postaci charakterystycznego dżingla z reklam męskiej wody kolońskiej i dezodorantów Old Spice. Inny dżingiel, wykorzystywany w reklamach sieci barów szybkiej obsługi McDonald’s, również jest zarejestrowanym znakiem towarowym.

    Rejestracja dźwiękowego znaku towarowego może być jednak trudniejsza niż standardowego, słownego czy słowno-graficznego. Wszystkie znaki muszą mieć charakter odróżniający, a więc nadawać się do odróżniania pochodzenia towarów z danego przedsiębiorstwa, muszą wywoływać z nim skojarzenie.

    Dział: Aktualności
    poniedziałek, 15 luty 2016 07:05

    Rdzenne oznaczenie

    O własność intelektualną dbają zazwyczaj przedsiębiorcy. Czasem jednak walka o ochronę znaku towarowego podejmowana jest przez całą nację.

    Indianie Navajo to grupa etniczna rdzenna dla Ameryki Północnej. Jest to największe plemię indiańskie Ameryki Północnej liczące blisko 300 tys. osób. Większość z nich (około 173 tys.) zamieszkuje rezerwat położony na terenie stanów Arizona, Nowy Meksyk oraz Utah. W 1923 roku  Navajo powołali za zgodą Komisarza do spraw Indian i Biura do spraw Indian władze samorządowe (radę plemienną), które odpowiadają za wszystkie sprawy na terenie rezerwatu. Teraz rada ma na głowie nie lada problem – kwestię naruszenia nazwy „Navajo” jako znaku towarowego. Nazwa ta na tyle spodobała się bowiem amerykańskiemu producentowi ubrań Urban Outfitters, że postanowił wykorzystać ją dla w swojej kolekcji odzieży. Znajdują się w niej ubrania, na których umieszczono słowa „Navajo” i „Navaho”. Takie działanie nie spodobało się rdzennym Amerykanom, którzy wnieśli pozew do sądu o naruszenie praw do znaku towarowego. Nazwa ich plemienia jest bowiem zarejestrowanym na ich rzecz oznaczeniem.

    Plemię Navajo nie wie jeszcze dokładnie, jak wysokiego odszkodowania w sprawie będzie żądać. Bardzo jednak możliwe, że kwota ta będzie bardzo wysoka, ze względu na zasięg sprzedaży sieci Urban Outfitters. Zdaniem uprawnionych do znaku towarowego, producent odzieży nie tylko narusza do niego prawa, ale też łamie przepisy ustawy o sztuce i rękodziele ludności rdzennej. Celem jej wprowadzenia było zapobieżenie sytuacjom, w których konsumenci byliby wprowadzani w błąd oznaczeniami produktów stylizowanych na tradycyjne wyroby rdzennych Amerykanów.

    Urban Outfitters twierdzi natomiast, że oznaczenie „Navajo” jest opisowe i nie posiada charakteru odróżniającego. 

    Dział: Aktualności
    czwartek, 11 luty 2016 15:57

    Kurs znaków towarowych

    Uczelnie zazwyczaj bardzo dbają o odpowiednią ochronę swojej własności przemysłowej. Czasami jednak nie wszystko idzie po ich myśli, co jest przyczynkiem wieloletnich sądowych sporów. Jeden z nich trwał jeszcze niedawno pomiędzy jedną z najlepszych i najbardziej znanych na świecie szkół wyższych, Harvardem a nauczającym na niej profesorem, Davidem Malanem. Przedmiotem sporu jest znak towarowy, którego przedmiotem jest nazwa kursu komputerowego, CS50.

    Odkąd w 2007 r. Malan stał się instruktorem na wspomnianym kursie, zaczęły na niego spływać fale chętnych. Stał się on najpopularniejszymi zajęciami na Harvardzie, co doprowadziło do stworzenia analogicznych zajęć firmowanych tą samą nazwą na uniwersytecie Yale. Kurs został też udostępniony on-line na platformie HarvardX. W międzyczasie, pracownik naukowy prowadzący kurs podjął próbę zarejestrowania jego nazwy w amerykańskim urzędzie patentowym jako znak towarowy. Znak, na który miał uzyskać ochronę, to nie tylko „CS50”, ale też slogan „THIS IS CS50”.

    Działania takie nie były w smak władzom uniwersytetu, które 5 lat temu wszczęły przeciwko swojemu wykładowcy sądowy spór. W tym czasie Malan założył również spółkę CS50 LLC, która jednak została rozwiązana ze względu na nieskładanie wymaganych prawem raportów finansowych. Harvard złożył sprzeciw przeciwko rejestracjom obu oznaczeń. Teraz najwyraźniej sądowy spór udało się zakończyć polubownie, ponieważ na początku 2016 r. do amerykańskiego urzędu patentowego znowu wpłynęło zgłoszenie znaku „CS50”, tym razem już na rzecz uniwersytetu, na którym kurs jest prowadzony.

    Dział: Aktualności
    wtorek, 09 luty 2016 15:19

    Pechowy znak serialowy

    Kiedy oglądalność programów telewizyjnych spada na łeb, na szyję, w rankingach popularności królują seriale. Wiele serii ma swoich zagorzałych fanów, którzy nie przegapiają ani jednego odcinka i emocjonują się coraz to nowszymi perypetiami sowich ulubionych bohaterów. Jednym z popularnych seriali dla młodzieży i nie tylko jest „Glee”. Ten produkowany przez amerykańską stację FOX TV serial opowiada o szkolnym chórze, którego członkami są najmniej popularni członkowie licealnej społeczności. Niespodziewanie, chór zaczyna odnosić spektakularne sukcesy.

    Teraz jednak, pomimo swojej popularności, serial będzie musiał mieć w Wielkiej Brytanii zmienioną nazwę. Jest to wynik sporu o znak towarowy „Glee”, który został wszczęty przez właściciela kilku lokali o nazwie „Glee Club” w Birmingham, Nottingham, Oxford i Cardiff. Właściciel lokali posiada znak towarowy „The Glee Club” zarejestrowany na terytorium Wielkiej Brytanii od 1999 r. Nie podobało mu się, że jego klienci mogą pomyśleć, iż należące do niego lokale powiązane są z serialem „Glee”, którego najwyraźniej nie jest wielkim fanem. W związku z tym, wniósł on do brytyjskiego sądu sprawę o naruszenie znaku towarowego.

    W 2014 r., w pierwszej instancji, sąd zasądził na rzecz właściciela The Glee Club 100 000 funtów odszkodowania oraz nakazał wytwórni FOX zmianę tytułu serialu nadawanego w Wielkiej Brytanii. Obie strony złożyły wówczas apelację od wyroku, która została rozpatrzona w lutym 2016 r. Sąd potwierdził wcześniejszy wyrok, nakazując FOX TV zmianę tytułu serialu na terytorium Wielkiej Brytanii oraz wypłatę wysokiego odszkodowania.

    FOX będzie musiał się teraz nieźle nagłowić się, jak na nowo nazwać popularny już i kojarzony przez szeroką publiczność serial. 

    Dział: Aktualności
    poniedziałek, 08 luty 2016 14:32

    But niezgody

    Wydaje się, że kasyno i uniwersytet nie mają żadnych punktów zbieżnych. Okazuje się jednak, że te dwa podmioty mogą nawet toczyć między sobą spór, którego podłożem jest znak towarowy. Caesars Entertainment Corp., właściciel niejednego z kasyn z Las Vegas, usiłuje zarejestrować przed amerykańskim urzędem patentowym znak towarowy ”The Shoe” dla usług rozrywkowych i gier hazardowych.

    „The Shoe” to skrócona nazwa kasyna Horseshoe Casino Cincinnati. Jest ona jednak również używana jako potoczna nazwa stadionu miejskiego w Ohio. Jest to skrót od nazwy „Horseshoe”. Stadion został tak ochrzczony ze względu na jego specyficzny kształt przypominający podkowę. Termin ten został zarejestrowany przez uniwersytet w Ohio, do którego należy stadion, jako znak towarowy już dekadę temu. Teraz tamtejsza szkoła wyższa złożyła sprzeciw przeciwko rejestracji takiego samego znaku dla kasyn, nie chce być bowiem kojarzona z grami hazardowymi i innymi rozrywkami dostępnymi w kasynach.

    Caesars Entertainment broni się, że „The Shoe” to zbyt ogólna i zbyt szeroka nazwa, aby mogła ona być zarejestrowana wyłącznie na rzecz jednego podmiotu. Uniwersytet zaś uparcie twierdzi,  że prowadzenie pod taką samą nazwą dwóch typów skrajnie różnych usług, co więcej, na nie tak odległych od siebie terenach, może zaszkodzić renomie szkoły wyższej. Rzeczywiście, są to działalności, które raczej trudno pogodzić, a pod takim samym znakiem towarowym będzie można je dość łatwo pomylić. Z tego względu, spór eskalował aż przed sąd. 

    Dział: Aktualności
    piątek, 29 styczeń 2016 12:16

    Hot-dog w złej wierze

    18 lutego 2010 r. José-Manuel Davó Lledó dokonał w Urzędzie Harmonizacji Rynku Wewnętrznego zgłoszenia wspólnotowego słowno-graficznego znaku towarowego „Doggis”, głównie dla usług restauracyjnych. Znak został zarejestrowany pod koniec 2010 r. 6 czerwca 2012 r. Administradora y Franquicias América, SA i Inversiones Ged Ltda wniosły o unieważnienie prawa do tego znaku towarowego. Działalność wnoszących o unieważnienie była związana w głównej mierze z prowadzeniem barów, restauracji, kawiarni i placówek gastronomicznych typu fast food, a także z udzielaniem i eksploatacją franchisingu w tym sektorze oraz z zarządzaniem nim. Na poparcie wniosku o unieważnienie Inversiones Ged wskazała wcześniejsze peruwiańskie i chilijskie znaki towarowe „Doggis” o bardzo podobnej grafice. Znaki wcześniejsze, chilijskie i urugwajskie, przedstawiła też Administradora y Franquicias América.

    Wnoszące o unieważnienie sprecyzowały, że w sierpniu 2011 r., kiedy Inversiones Ged powzięła zamiar zarejestrowania znaku towarowego w Hiszpanii, odkryła istnienie znaków towarowych „doggis” zarejestrowanych na nazwisko skarżącego: krajowego hiszpańskiego i wspólnotowego.  Dodały one, że dowiedziały się również, iż skarżący był właścicielem nazw domeny „doggis.es” i „doggis.com.es”. Wnoszące o unieważnienie utrzymywały, że sporny znak towarowy został zgłoszony przez skarżącego w złej wierze, bez uprzedniego poinformowania ich i bez wyrażenia przez nie zgody. Wydział Unieważnień OHIM oddalił jednak wniosek o unieważnienie prawa do znaku, co zostało zaskarżone przez obie spółki. Izba Odwoławcza OHIM uwzględniła odwołanie wnoszących o unieważnienie stwierdzając, że w momencie dokonania zgłoszenia spornego znaku towarowego skarżący wiedział o wcześniejszym istnieniu chilijskich graficznych znaków towarowych. Na poparcie tej oceny przywołano  wydruki z serwisów internetowych skarżącego oraz fragmenty reklamy zamieszczanej przez tego ostatniego w serwisach internetowych poświęconych franchisingowi. Izba stwierdziła też, że okoliczność, iż przed dokonaniem zgłoszenia spornego znaku towarowego wnoszące o unieważnienie nie wykazywały zainteresowania ochroną swoich wcześniejszych znaków towarowych w Unii Europejskiej, mimo używania przez nie tych wcześniejszych znaków towarowych w Chile, nie pozwalała na dowiedzenie, że skarżący nie działał w złej wierze w momencie dokonania zgłoszenia. Decyzja ta została zaskarżona przez José-Manuela Davó Lledó do Sądu Unii Europejskiej, który 28 stycznia 2016 r. wydał wyrok w sprawie.

    Sąd przypomniał, że system rejestracji wspólnotowych znaków towarowych opiera się na zasadzie „pierwszego zgłaszającego”. Zgodnie z tą zasadą, oznaczenie może zostać zarejestrowane jako wspólnotowy znak towarowy tylko w zakresie, w jakim nie stoi temu na przeszkodzie wcześniejsza rejestracja innego znaku towarowego, niezależnie od tego, czy chodzi o wspólnotowy znak towarowy, znak towarowy zarejestrowany w państwie członkowskim lub w Urzędzie Własności Intelektualnej Państw Beneluksu, znak towarowy zarejestrowany na mocy międzynarodowych uzgodnień obowiązujących w państwie członkowskim, czy też znak towarowy będący przedmiotem rejestracji międzynarodowej wywołującej skutki w Unii.

    Sąd potwierdził też wniosek Izby Odwoławczej, że w momencie dokonywania zgłoszenia spornego znaku towarowego skarżący wiedział o istnieniu wcześniejszych chilijskich graficznych znaków towarowych „Doggis”. Fakt posiadania tej wiedzy został wywiedziony przez Izbę Odwoławczą z wydruków z serwisu internetowego i ze strony internetowej, które zostały przedstawione przez wnoszące o unieważnienie, w których skarżący opisywał przedsiębiorstwo o nazwie Doggis España. Wynikało z nich, że Doggis nie jest konceptem stworzonym oryginalnie w Hiszpanii („Doggis wchodzi do Hiszpanii [dzięki skarżącemu] w 2010 r.”), ale podmiotem zagranicznym, który rzekomo został wprowadzony do tego kraju w celu dokonania ekspansji na poziomie światowym. Izba Odwoławcza również prawidłowo stwierdziła, że na tym wydruku przedsiębiorstwo to zostało przedstawione jako pierwsza franczyza Doggis oferująca hot dogi w Hiszpanii i że wydruk ten zawierał informacje na temat wielkiego sukcesu, jaki odniosły hot dogi „w licznych krajach na całym świecie, takich jak USA, Chile, Brazylia, Kolumbia, Niemcy itd.”. Skarga została oddalona w całości.

    Dział: Aktualności
    środa, 18 listopad 2015 14:58

    Kosmicznie drogi znak towarowy

    Ze względu na zbliżającą się grudniową premierę najnowszej, siódmej części „Gwiezdnych Wojen”, wśród fanów serii panuje ostatnio wielkie ożywienie. Nic dziwnego, ponieważ kosmiczna saga wyprodukowana przez Georga Lucasa rozkochała w sobie całe rzesze kinomanów w różnym wieku i zarobiła przy okazji miliardy dolarów.

    Znak „Star Wars” jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych znaków towarowych na świecie. Oznaczenie to przynosi też ogromne dochody, ze względu nie tylko na zyski z samych filmów, ale też sprzedaż wszelkich gadżetów czy zabawek związanych z filmem. Widać to nie tylko po szacunkowych wycenach, ale też po sprzedaży pierwotnego producenta „Gwiezdnych Wojen”. Wytwórnia Lucasfilm została w 2012 r. zakupiona przez koncern Disney, który nabył ją za niebagatelną kwotę ponad 4 miliardów dolarów.

    Sam znak towarowy „The Star Wars” został zarejestrowany w USA w 1971 r. Początkowo nikt nie wróżył serii filmów takiej popularności, jaką finalnie zdobyła. Gary Kurtz, producent wszystkich części starej trylogii wskazał, że nazwa „Gwiezdne Wojny” miała na samym początku dotyczyć filmu przygodowego o wojnach w kosmosie. Saga została jednak rozbudowana na kilka części, z których pierwsza weszła do kin w maju 1977 r., zaś najnowszą część serii można było oglądać dekadę temu, w 2005 r.

    Co ciekawe, części filmu opatrzone jednym z najdroższych znaków towarowych nie były emitowane w chronologicznej kolejności rozgrywających się w nich wydarzeń. Pierwszym filmem na ekranach kin była część czwarta. Kolejno ukazały się później części: piąta (1980 r.), szósta (1983 r.), pierwsza (1999 r.), druga (2002 r.) i trzecia (2005 r.). George Lucas nigdy nie wyjaśnił, dlaczego właściwie taka była kolejność wypuszczania poszczególnych części. Najbardziej powszechnym wytłumaczeniem fanów jest to, że wytwórnia nie miała jeszcze w latach 70. i 80. możliwości technicznych do przygotowania skomplikowanych efektów specjalnych wymaganych przez fabułę początkowych filmów.

    Jedno jest pewne – bilety do kina na najnowszą, siódmą część „Gwiezdnych Wojen” rozejdą się z prędkością światła.

    Dział: Aktualności