Prawo na patent - Portal o znakach towarowych, wzorach przemysłowych.
    Aktualności
    piątek, 24 luty 2017 09:46

    Post-prawdy i fałszywe wiadomości

    Napisał

    Trzy amerykańskie firmy próbują zarejestrować jako znak towarowy w USA termin "fake news" (ang. fałszywe wiadomości). Jednym z chętnych na rejestrację są rysownicy animowanego serialu "The Simpsons". Innym jest producent popularnych kart do gry o nazwie Cards Against Humanity.

    Firmy te złożyły zgłoszenia znaków towarowych przed  amerykańskim urzędem patentowym 12 stycznia bieżącego roku, dzień po konferencji prasowej, na której ówczesny prezydent-elekt Donald Trump nazwał CNN "fałszywymi wiadomościami" (twierdzenie to zostało zdementowane przez CNN).

    Jednym ze zgłaszających jest właściciel Film Roman, zespołu animatorów, którzy rysowali kreskówkę "The Simpsons" od ponad 20 lat, do początku roku 2016. Teraz jego zespół pracuje nad komediową animacją dla dorosłych, którą planuje nazwać właśnie "Fake News."

    Z kolei twórcy Cards Against Humanity chcą przerobić ideę "Fake News" na grę. Prace nad grą trwają. Powstała nawet specjalna strona internetowa będąca burzą mózgów dla pomysłów, które być może zostaną wykorzystane w grze. Zgodnie z założeniem, jej uczestnicy mieliby podążać po planszy wymyślając mniej lub bardziej logiczne i zabawne hasła związane z polityką.

    Ciekawe, czy obecny prezydent USA znajdzie czas i chęć na walkę z nowym zgłoszeniem znaku towarowego. Do tej pory działania Trumpa w zakresie własności przemysłowej bywały dość agresywne. Przykładowo, w 2015 r. wtedy jeszcze kandydatowi na prezydenta Stanów Zjednoczonych nie spodobała się strona internetowa stoptrump.com, na której oferowane były przeróżne gadżety, w tym kubki i koszulki z hasłem zawartym w domenie tej strony lub z wierszykiem Donald is dumb, stop Trump (ang. Donald jest głupi, powstrzymajcie Trumpa). Jego prawnicy wysłali więc do właścicieli strony internetowej długie pismo, w którego treści twierdzili, że nazwisko „Trump” stanowi zarejestrowany w różnych konfiguracjach znak towarowy, a jego używanie jest niezgodne z prawem.

    czwartek, 23 luty 2017 09:45

    Ostatni mecz Kobe’ego Bryanta

    Napisał

    Kobe Bryant, jedna z największych gwiazd koszykówki, od dawna jest też znany pod pseudonimem "Czarna Mamba". Po latach korzystania z tego przydomka, sportowiec postanowił, że będzie poprzez swoją spółkę Kobe Inc., która odpowiada za jego działalność biznesową, ubiegać się o rejestrację takiego znaku towarowego przed amerykańskim urzędem patentowym. Chociaż Kobe jeszcze nie jest w posiadaniu rejestracji znaku towarowego, to jednak stara się już egzekwować to, co uważa za swoje prawa, uniemożliwiając innym zarabianie na swoim wizerunku.

    Ostatnio Bryant wniósł sprzeciw wobec zgłoszeniu spółki 47/72 Inc. Jego przedmiotem jest oznaczenie „Black Mamba” do użytku w połączeniu z usługami sklepu on-line sprzedającego koszule, bluzy z kapturem, bluzy, jednoczęściową odzież dziecięcą, plakaty, poduszki, kubki i torby na ramię. Bryant uważa, że ​​znak 47/72 Inc. może wprowadzić konsumentów w błąd co do pochodzenia produktów sprzedawanych w sklepie prowadzonym przez spółkę i jest to fałszywa sugestia związku między 47/72 Inc. a samym Bryantem.

    Sprzeciw ma spore szanse powodzenia, jako że pseudonim koszykarza był wykorzystywany i znany na całym świecie jako "Black Mamba" lub po prostu "Mamba" przez wiele lat przed dokonaniem zgłoszenia w US Patent and Trademark Office. Sportowiec zezwalała również na jego używanie przez swoich autoryzowanych partnerów biznesowych, sponsorów lub licencjobiorców. Dodatkowo Kobe Bryant powołuje się na fakt, że firma NIKE produkująca odzież i obuwie sportowe uznała datę 13 kwietnia 2016 (ostatni mecz Bryanta w NBA) za "Mamba  Day".

    Wygląda na to, że Kobe trochę spóźnił się z rejestracją własnego znaku towarowego. Przez takie niedopatrzenie problemy z własnością intelektualną miał również inny bardzo znany koszykarz, Michael Jordan, który jeszcze do niedawna prowadził bój o swój znak towarowy w Chinach.

    środa, 22 luty 2017 09:44

    Soczewki Jamesa Bonda

    Napisał

    Sony, znany producent elektroniki takiej jak telewizory, smartfony czy odtwarzacze mp3, złożył  jakiś czas temu w Stanach Zjednoczonych bardzo ciekawe zgłoszenie patentowe. Dotyczy ono rozwiązania niemal jak z filmów science-fiction czy tych o agencie Jamesie Bondzie. Teraz firma dostała patent na swój najnowszy wynalazek. Przedmiotem zgłoszenia jest niewielka soczewka kontaktowa, która będzie mogła nagrywać obraz.

    Inne tak zwane inteligentne soczewki skupiają się na poprawie wzroku lub zapewnianiu efektów rozszerzonej rzeczywistości HUD, ale Sony chce pójść o jeszcze jeden krok do przodu. Nowy patent przyznany temu gigantowi rynkowemu opisuje soczewki kontaktowe, które mogą być kontrolowane przez umyślne mruganie ich użytkownika i które nagrywają wideo na życzenie.

    Zgodnie z patentem Sony, czujniki wbudowane w obiektyw soczewki są w stanie wykryć różnicę między celowym i mimowolnym mruganiem osoby, która je nosi. Nagrywanie obrazu oraz technologia jego przechowywania ma być osadzona w obiektywie wokół tęczówki, a czujniki piezoelektryczne mają przekształcić ruchy oka na energię do zasilania obiektywu. Oczywiście w chwili obecnej technologia ta nie jest wystarczająco zminimalizowana, aby być wygodnie osadzona na soczewce kontaktowej, a więc patent jest chwilowo tylko teoretyczny. Jednak biorąc pod uwagę, że nawet Google realizuje plan stworzenia aparatu na soczewkach kontaktowych, pomimo spektakularnej porażki inteligentnych okularów Google Glass, nie jest zaskakujące, że inni giganci z branży technologicznej też chcą zdziałać coś w tym zakresie.

    wtorek, 21 luty 2017 09:43

    Patent na tańsze leki

    Napisał

    W okresie jesienno-zimowym niestety często chorujemy. Bakterie i wirusy fruwają w powietrzu jak oszalałe, a zimno i przesiadywanie w zamkniętych pomieszczeniach nie pomaga naszej odporności. W takiej sytuacji konieczne jest sięgniecie po odpowiednie leki. Tylko dlaczego niektóre z nich są takie drogie? Najdroższe bywają zazwyczaj te lekarstwa, które nie mają swoich odpowiedników, a więc tańszych wersji produkowanych przez innych producentów. Może się tak dziać dlatego, że konkretny lek objęty jest patentem.

    Leki generyczne to odpowiedniki leków objętych patentami, często tańsze. Można je uznać za czynnik skłaniający do innowacji farmaceutycznych, zapewniają też przystępne ceny i trwałość europejskich systemów ochrony zdrowia.  Leki generyczne przyczyniają się też do powstania konkurencji na rynkach farmaceutycznych, która stymuluje innowacyjność, sprzyjają ograniczaniu kosztów i ułatwiają dostęp pacjentów do leczenia.

    Utrudnieniem dla produkcji leków generycznych, które teoretycznie mogłyby być produkowane tuż po zakończeniu ochrony patentowej na lek oryginalny (w Polsce ochrona patentowa trwa 20 lat) jest tak zwane zagęszczenie patentów. Jest to nieuzasadnione przedłużanie monopolu na lek poprzez patenty wynikające z poprzednich aktów. Właściciele patentów na prawie wszystkie najbardziej dochodowe leki próbują przedłużyć swój monopol rynkowy poza okresem ochrony przyznanym początkowo przez podstawowy patent na substancję czynną. Stosowanie patentów wynikających z poprzednich aktów, z wykorzystaniem cech, które nie są najważniejsze, co określa się jako „ciągłe odświeżanie” (ang. „evergreening”). Sama czynna substancja farmaceutyczna to na ogół pierwszy patent lub pierwsze patenty gąszczu patentowego. Takim działaniem może być na przykład bardzo precyzyjne zastrzeżenie tylko jednej cząsteczki, ewentualnie określona cząsteczka może zostać zastrzeżona tylko jako część szerszej grupy cząsteczek. Inne możliwości postać polimorficzna (różne struktury) lub uwodniona substancji czynnej albo zastrzeżenie izomerycznej postaci leku (różnica rozmieszczenia cząsteczek w przestrzeni).

    poniedziałek, 20 luty 2017 05:35

    Orange musi zapłacić karę

    Napisał

    Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów to instytucja, która ma bronić tych ostatnich przed nieuczciwymi praktykami rynkowymi przedsiębiorców. Przykładowo, Prezes urzędu może nakładać kary za emitowanie reklamy wprowadzającej w błąd. Jest to taka reklama, która w jakikolwiek sposób, łącznie ze sposobem jej prezentowania wprowadza w błąd lub jest zdolna do wprowadzenia w błąd osób, do których jest skierowana lub do których dociera, skutkiem czego może wpłynąć na ich decyzję o dokonaniu zakupu reklamowanego towaru czy usługi albo z tych powodów szkodzi konkurentom lub może im szkodzić. UOKiK przeciwdziała też praktykom monopolistycznym.

    Niedawno urząd ten nałożył na znanego operatora telefonii komórkowej, sieć Orange, ogromną karę, ze względu na stosowanie nieuczciwych praktyk rynkowych. Chodzi o przedłużanie umów o wiele miesięcy bez wyraźnej zgody klientów. Orange będzie za to musiał zapłacić prawie 30 milionów złotych kary oraz dokonać zwrotu pieniędzy klientom, których obciążyła opłatami za przedterminowe rozwiązanie takiej przedłużonej z automatu umowy.

    Karę dla Orange spowodowało przedłużanie przez sieć umowy na czas określony w momencie jej zakończenia na kolejny określony okres. Działo się to bez konieczności wyrażenia przez abonenta zgody. W przypadku usług Neostrady przedłużenie umowy wynosiło 6 miesięcy, w przypadku innych usług stacjonarnych – od 12 do 24 miesięcy. Co więcej, kiedy niezadowolony z takiego obrotu sprawy klient wypowiadał zmienioną umowę, Orange obciążał go wysoką karą. Prezes UOKiK wskazał w decyzji, że przedłużenie umowy przez abonenta na kolejny czas oznaczony powinno być świadomie i swobodnie przez niego wybierane. Dlatego telekom powinien jasno i rzetelnie poinformować konsumenta o możliwościach przedłużenia kontraktu.

    Orange to nie jedyny ukarany ostatnio za średnio uczciwe działania podmiot. W 2017 r. również Polkomtel i Cyfrowy Polsat zostały już ukarane, tym razem za czyny nieuczciwej konkurencji - emitowanie reklam wprowadzających w błąd.

    piątek, 17 luty 2017 08:31

    Nie do końca uczciwa reklama

    Napisał

    Każdy przedsiębiorca chciałby, żeby jego reklama dotarła do jak najszerszego kręgu odbiorców i silnie zapadła im w pamięć. Niektórzy w tych dążeniach posuwają się jednak trochę za daleko. Za działania reklamowe niezgodne z zasadami uczciwej konkurencji będzie musiał teraz zapłacić właściciel telewizji kablowej Vectra. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył bowiem na Vectrę karę dotyczącą emitowanej od września do grudnia 2015 r. w telewizji, radiu oraz internecie kampanii reklamowej "Wszystko za 10 złotych".

    Zdaniem UOKiK-u, w ramach kampanii reklamowej oferty Vectry klienci nie byli dostatecznie informowani o warunkach promocji, która w rzeczywistości obowiązywała przez bardzo krótki czas trwania umowy. Przekaz reklamowy oferował klientom telewizję kablową oraz dostęp do internetu. Usługi te miały, według reklamy, kosztować 10 zł za miesiąc korzystania z każdej z nich. Okazało się jednak, że promocyjna cena w rzeczywistości obejmowała jedynie pierwsze 2 lub 3 miesiące przy podpisaniu umów na okres 12, 18 albo 24 miesięcy. Późniejszy abonament był już wyższy.

    UOKiK stwierdził, że taka treść przekazu reklamowego stanowiła reklamę wprowadzającą w błąd. Ze względu na z pozoru korzystną ofertę, klienci mogli się zdecydować na jej zakup, nie znając dalszych warunków umowy, która miała ich obowiązywać. Zdaniem Prezesa urzędu odpowiedzialnego za zgodność reklamy z prawem, „sposób prezentacji oferty był jednoznaczny i w żaden sposób nie wskazywał na istnienie dodatkowych, mniej korzystnych warunków niż 10 zł za każdą z usług. Dlatego działania Vectry mogły spowodować, że konsument podjął decyzję o zainteresowaniu się jej ofertą, a w konsekwencji podpisał umowę, czego mógłby nie zrobić gdyby miał prawdziwe informacje.”

    Oferująca telewizję kablową spółka zobowiązała się do dobrowolnej rekompensaty wobec klientów, którzy zakupili rzekomo promocyjną ofertę. Ponadto, Vectra opublikuje w telewizji trzykrotnie oświadczenie, iż jej kampania reklamowa wprowadzała konsumentów w błąd.

    czwartek, 16 luty 2017 08:29

    Kolor jako znak towarowy

    Napisał

    Znak towarowy to zazwyczaj jakieś konkretne słowo czy kilka słów. Często towarzyszy im również charakterystyczna grafika. A czy można objąć prawem ochronnym pojedynczy kolor? Teoretycznie tak, jest to jednak bardzo trudne. Sam kolor w większości przypadków nie posiada bowiem charakteru odróżniającego. 

    Dla dokonania oceny charakteru odróżniającego, który dany kolor może mieć jako znak towarowy, konieczne jest uwzględnienie interesu ogólnego, przejawiającego się w tym, by nie ograniczać w sposób nieuzasadniony dostępności kolorów dla innych przedsiębiorców, oferujących towary lub usługi tego samego rodzaju co te, o których rejestrację wniesiono. Rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości UE zajął w opinii z 12 listopada 2002 r., w sprawie C-104/01, stanowisko, iż kolor jako taki bez kształtu lub konturów nie jest oznaczeniem, które może być przedstawione w sposób graficzny i nie nadaje się do odróżniania towarów lub usług jednego przedsiębiorstwa od towarów lub usług innego przedsiębiorstwa. Kolor bowiem trudno zdefiniować w uniwersalny sposób. Kolor zależy bowiem od rodzaju światła, ale też od samego patrzącego. Ten sam kolor może być różnie postrzegany przez różne osoby. Ten sam kolor będzie też wyglądał inaczej na papierze, a inaczej na metalu, szkle, tkaninie czy blasze. Co więcej, w przypadku kombinacji kolorów, graficzna prezentacja znaku (w tym proporcje określonych kolorów i ich pozycja) określa znak, jaki wnioskodawca chce zarejestrować. Połączenie kolorów, które miałyby zostać zarejestrowane jako znak towarowy musi jasno wynikać z ich graficznego przedstawienia. Zgłoszenie abstrakcyjne, na przykład dwa kolory „w każdej możliwej kombinacji” lub „w dowolnej proporcji”, nie jest dopuszczalne i prowadzi do odrzucenia zgłoszenia.

    Za przykład takiego oznaczenia można podać znak unijny zarejestrowany na rzecz Kraft Foods Schweiz Holding GmbH, będący dobrze znanym wszystkim łasuchom odcieniem koloru lila. Znak ten jest zarejestrowany dla towarów takich, jak między innymi wyroby czekoladowe i służy na rynku do opatrywania opakowań czekolad „Milka”. Procedura rejestracyjna tego znaku trwała jednak około trzech lat, ponieważ nadawanie monopolu na konkretne odcienie kolorów dokonywane jest przez europejskie urzędy zajmujące się rejestracją znaków towarowych niechętnie, zgodnie z tendencją, iż dany odcień nie powinien być monopolizowany na rzecz jednego podmiotu na rynku dla konkretnych towarów lub usług. 

    środa, 15 luty 2017 09:30

    Wielkość ma znaczenie

    Napisał

    8 lutego 2017 r. Trybunał Sprawiedliwości UE wydał interesujący wyrok dotyczący wykładni przepisów unijnych w sprawie reklamy wprowadzającej w błąd i reklamy porównawczej oraz nieuczciwych praktyk handlowych stosowanych przez przedsiębiorstwa wobec konsumentów na rynku wewnętrznym. Wniosek o wykładnię został złożony w ramach sporu pomiędzy spółką ITM Alimentaire International SASU  a spółką Carrefour Hypermarchés SAS w przedmiocie telewizyjnej kampanii reklamowej przeprowadzonej przez spółkę Carrefour, porównującej ceny produktów znanych marek stosowane w sklepach należących do sieci Carrefour i w sklepach należących do sieci konkurencyjnych.

    W myśl przepisów unijnych reklama wprowadzająca w błąd oznacza każdą reklamę, która w jakikolwiek sposób, w tym przez swoją formę, wprowadza lub może wprowadzić w błąd osoby, do których jest skierowana lub dociera, i która, z powodu swojej zwodniczej natury, może wpłynąć na ich postępowanie gospodarcze lub która, z tych powodów, szkodzi lub może szkodzić konkurentowi.

    W grudniu 2012 r. spółka Carrefour rozpoczęła telewizyjną kampanię reklamową na szeroką skalę zatytułowaną „Gwarancja najniższej ceny Carrefour”, porównującą ceny 500 towarów znanych marek stosowane w sklepach należących do sieci Carrefour oraz w sklepach należących do sieci konkurencyjnych, w tym w sklepach sieci Intermarché, i oferującą konsumentom zwrot dwukrotności różnicy w cenie, jeśli znajdą oni gdzie indziej niższą cenę. Nadawane spoty reklamowe przedstawiały różnice cen korzystne dla spółki Carrefour, a w szczególności produkty sprzedawane w sklepach sieci Intermarché były w tych spotach przedstawiane jako regularnie droższe od tych sprzedawanych przez spółkę Carrefour. Począwszy od drugiego spotu telewizyjnego wszystkie wybrane do porównania sklepy Intermarché były supermarketami, a sklepy Carrefour – hipermarketami. Informacja ta znajdowała się jedynie na głównej stronie internetowej spółki Carrefour, z zapisaną małymi literami wzmianką, że gwarancja „obowiązuje wyłącznie w sklepach Carrefour i Carrefour Planet” oraz że „nie obowiązuje ona [zatem] w sklepach Carrefour Market, Carrefour Contact, Carrefour City”. W telewizyjnych spotach reklamowych pod nazwą Intermarché pojawiało się zapisane mniejszymi literami słowo „Super”.

    ITM wniósł powództwo przeciwko spółce Carrefour do tribunal de commerce de Paris (sądu handlowego w Paryżu) w celu uzyskania zasądzenia od tej spółki zapłaty kwoty 3 mln EUR tytułem odszkodowania i zakazu rozpowszechniania spornej reklamy. Sąd zasądził to żądanie. Wyrok został jednak zaskarżony, a sąd drugiej instancji zadał Trybunałowi pytanie prejudycjalne, czy okoliczność, iż sklepy, w których ceny zostały porównane, są różnej wielkości lub różnego formatu, stanowi istotną informację, która powinna obowiązkowo zostać podana do wiadomości konsumenta.

    Trybunał wskazał, że unijne ustawodawstwo nie wymaga, aby format i wielkość sklepów, w których sprzedaje się produkty, których ceny są porównywane, były podobne, i po drugie, porównanie cen porównywalnych produktów sprzedawanych w sklepach różnego formatu lub różnej wielkości samo w sobie może przyczynić się do osiągnięcia celów reklamy porównawczej wskazanych w powyższym wyroku i nie narusza wymogu uczciwej konkurencji ani interesów konsumentów. W pewnej sytuacji różnica w wielkości lub formacie sklepów, w których stosowano ceny porównywane przez reklamodawcę, może jednak zakłócić obiektywność porównania. Może to mieć miejsce w przypadku, gdy reklamodawca i konkurenci, których ceny podano, należą do sieci, z których każda posiada szereg sklepów różnej wielkości i różnego formatu, oraz gdy reklamodawca porównuje ceny stosowane w należących do jego sieci sklepach większych i większego formatu z cenami podanymi w należących do sieci konkurencyjnych sklepach mniejszych i mniejszego formatu, bez wskazania tego w reklamie.

    W branży odzieży i akcesoriów trwa ostatnio kolejny spór na tle znaków towarowych. Po jednej jego stronie stoi producent bardzo od jakiegoś czasu popularnych w Polsce torebek i portfeli, Michael Kors, a po drugiej szwajcarski koncern Swatch Group, oferujący zegarki pod marką Swatch. To właśnie te ostatnie są przedmiotem konfliktu. Konkretnie, chodzi o nowe, dopiero co zgłoszone w USA przez markę Michael Kors znaki towarowe – „MICHAEL KORS ACCESS” i „ACCESS”. Jednymi z towarów wskazanych w zgłoszeniu są właśnie zegarki i smartwatche.

    Swatch złożył przeciwko obu zgłoszeniom sprzeciwy. Zdaniem koncernu, oba oznaczenia zbytnio przypominają jego własny zarejestrowany znak towarowy „SWATCH ACCESS”, co mogłoby wprowadzić konsumentów  w błąd co do pochodzenia opatrzonych nim towarów. Co więcej, szwajcarska firma wskazuje w sprzeciwie na znaczną wartość swojego przedsiębiorstwa i szeroką znajomość jego znaków towarowych. Kwestię, czy znaki są faktycznie na tyle podobne, aby uniemożliwić rejestrację nowych znaków przeznaczonych do używania na produktach Michael Kors, rozsądzi za jakiś czas amerykański urząd patentowy.

    Sprzeciw to wygodna instytucja dla przedsiębiorców, którzy w cudzym zgłoszeniu znaku towarowego widzą naruszenie własnych praw. Oczywiście, takie pismo musi mieć na swoje poparcie odpowiednie uzasadnienie, zawierające racjonalne argumenty. Mogą one dotyczyć na przykład posiadania praw do wcześniejszego podobnego znaku towarowego. Aktualnie, instytucja sprzeciwu w takiej formie jest dostępna również w Polsce. Po ujawnieniu zgłoszenia przedsiębiorcy mają wyznaczony termin do zgłaszania sprzeciwów. Postepowanie toczy się przed Urzędem Patentowym. Procedura sprzeciwowa ma tylko jeden minus – nikt nie zawiadamia przedsiębiorców o zgłoszeniach podobnych oznaczeń. Muszą oni śledzić dokonywanie zgłoszenia sami lub za pośrednictwem kancelarii patentowych.

    poniedziałek, 13 luty 2017 09:26

    Żarty ze znaków towarowych

    Napisał

    Żeby wśród mnogości konkurentów skutecznie przebić się na rynku, zarówno przedsiębiorstwo, jak i towar muszą mieć wpadającą w ucho nazwę. Przedsiębiorcy często przez wiele miesięcy zachodzą w głowę, jaka nazwa najlepiej opisywałaby produkt, który chcą wypuścić na rynek. Inni, ci z bardziej zasobnym portfelem, korzystają często z usług agencji reklamowych, które zajmują się marketingiem, a przedsiębiorcy pozostaje już tylko zająć się sprzedażą.

    Kiedy wymyślimy już dobrą nazwę, warto zarejestrować ją w odpowiednim urzędzie jako znak towarowy, zanim ubiegnie nas ktoś inny. W innym przypadku trudno udowodnić swoje prawa do danego oznaczenia – często pozostanie nam niestety sytuacja, w której słowo będzie świadczyć przeciw słowu. Zmiana nazwy – czy to towaru, czy też przedsiębiorcy - na nową, tak zwany rebranding, pociąga zaś za sobą konieczność wyłożenia znacznych funduszy. Dlatego, przed premierą towaru na rynku, najlepiej jest dobrze przemyśleć, czy wymyślona przez nas nazwa będzie się podobała konsumentom na tyle, aby zainteresowali się oni produktem opatrzonym takim a nie innym znakiem towarowym.

    Jak się okazuje, nawet wielcy gracze na rynkach różnych branż zaliczają czasem wpadki w tym zakresie. W szczególności chodzi tu o transfer produktu o konkretnej nazwie na rynek innego kraju. Przykładem może być tu nazwa modelu samochodu słynnej marki Chevrolet – Nova. Sprzedawał się on słabo na rynkach hispanojęzycznych. Nic w tym dziwnego – po hiszpańsku „no va” znaczy: „nie jedzie”. Inna zabawna wpadka językowa z rynku motoryzacyjnego to nazwa  Ford Pinto. W Brazylii bowiem ten ostatni człon jest używany na określenie męskich genitaliów. Przykładem z naszego rodzimego rynku, którego chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, jest marka żarówek Osram. Nie ma chyba osoby, która na ich widok choć raz nie uśmiechnęłaby się w sklepie. Uśmiech ten zapewne zdziwiłby niemieckiego producenta, który raczej nie rozważał swojego znaku towarowego pod kątem potencjału humorystycznego.