Prawo na patent - Portal o znakach towarowych, wzorach przemysłowych.
    Aktualności
    piątek, 15 marzec 2013 12:00

    Patent Google na magiczne okulary

    Napisał

    Spółka Google od jakiegoś czasu prowadzi badania nad nowym urządzeniem – Google Glass. To tak zwane okulary przyszłości, które mają zrewolucjonizować codzienność.

    Google Glass to urządzenie przypominające zwykłe okulary, ale wyposażone w ekran, kamerę, moduł rozpoznawania mowy oraz system operacyjny Android. Gadżet umożliwi użytkownikom, za pośrednictwem poleceń głosowych, korzystanie między innymi z połączeń głosowych, wysyłania wiadomości tekstowych czy przeglądania internetu. Posiadając dostęp do kont e-mailowych oraz informacji osobistych o użytkowniku ,,okulary przyszłości'' zaplanują podróż służbową, przypomną o ważnym spotkaniu czy zlokalizują ulubioną kawiarnię.

    Najnowszym pomysłem Google jest umieszczenie w urządzeniu słuchawek w technologii przewodnictwa kostnego. Kości czaszki przewodzą niższe częstotliwości dużo lepiej niż powietrze. Z powodu tego zjawiska człowiek słyszy swój głos w inny sposób, niż otaczające go osoby. Zastosowanie tej nowości pozwoli uzyskać lepszej jakości dźwięk. Sama technologia nie jest nowa, jednak wyposażenie okularów w słuchawki wykorzystujące to zjawisko jest już innowacją – z tego powodu Google postanowiło opatentować swój pomysł.

    Nie jest kwestią przesądzoną, czy produkty trafi ostatecznie do użytkowników w takiej formie. Google, będąc w fazie ciągłych zmian i testów, nieustannie sprawdza wszelkie możliwe opcje.

    Nie znamy jeszcze dokładnej daty premiery nowego urządzenia Google Glass. Aktualnie największym problemem urządzenia jest jego wygląd, niezachęcający do założenia okularów. Google, które z założenia chce aby Google Glass było nie tylko nowatorskim urządzeniem, ale również modnym gadżetem, nadal szuka rozwiązania tej kwestii.

    W marcu 2013 r. policja zatrzymała 54-letniego Mariusza Sz. z Lublina pod zarzutem posiadania pirackiego oprogramowania komputerowego. Niebagatelna była wartość tego oprogramowania, oszacowana przez biegłych na 13 milionów złotych.

    Pirat został zatrzymany w związku z zupełnie innym postępowaniem dotyczącym rozpowszechniania treści pedofilskich. Policja dowiedziała się bowiem, że Mariusz Sz. może takowe posiadać. Doniesienie to okazało się co prawda fałszywe, ale za to odnaleziono pokaźne ilości nielegalnego oprogramowania, przy czym niektóre programy warte były nawet 900 tysięcy złotych.

    W prawie polskim nie tylko rozpowszechnianie, ale i samo posiadanie nielegalnego oprogramowania podlega sankcjom, w przeciwieństwie do plików zawierających przykładowo piracką muzykę, filmy, czy książki, gdzie odpowiedzialność ponosi się dopiero za ich rozpowszechnianie.

    Początkowo oskarżony przyznał się do posiadania nielegalnych programów i zaproponował nawet dla siebie karę w wysokości dwóch lat więzienia w zawieszeniu oraz 5 tysięcy złotych grzywny. Chociaż w tym tygodniu miał odbyć się proces Mariusza Sz., oskarżony zmienił jednak zdanie i stwierdził finalnie, że jest niewinny, a oprogramowanie znajdujące się w sieci jest wspólnym dobrem ludzkości, z którego korzystanie nie powinno być w żaden sposób ograniczone. Najprawdopodobniej, argumentacja taka nie przekona raczej sędziów i pirat oprogramowania nie uniknie kary.

    Proces pomiędzy Apple a Samsungiem, w rezultacie którego Samsung ma zapłacić swojemu konkurentowi miliard dolarów odszkodowania, ciągnie się nadal. Co ciekawe, zdecydowano się jednak obniżyć wysokość odszkodowania do 450 milionów dolarów.

    Apple zarzucił Samsungowi naruszenie patentów oraz skopiowanie wyglądu urządzeń Apple w produktach Samsung Galaxy, a także funkcji przybliżania i oddalania obrazu na ekranach smartfonów.

    Sędzia prowadząca sprawę orzekła po wznowieniu postępowania, iż osoby odpowiedzialne za wyliczenie kary nie postępowały zgodnie z jej instrukcjami, a nałożona na Samsunga kara stała się tym samym zbyt wysoka. Co więcej, ława przysięgłych oparła oszacowanie wysokości kary na niedopuszczalnej teorii prawnej, co również wpłynęło na jej błędny wymiar.

    Sprawa sporu Apple i Samsunga nadal nie uzyskała więc finalnego rozstrzygnięcia. Tym razem rozpatrywana będzie jednak nie kwestia winy Samsunga lub jej braku, ale wymiar wysokości kary. Samsung nadal domaga się jednak wydania wyroku o braku naruszeń patentów Apple z jego strony. Cały spór toczy się od kwietnia 2012 r. Pomimo, iż sędzia apelowała do stron o polubowne zakończenie sprawy, raczej się na to nie zanosi.

    piątek, 08 marzec 2013 12:00

    Facebook patentuje zmiany

    Napisał

    Pomimo dominacji Facebooka wśród mediów społecznościowych, spółka wciąż inwestuje w rozwój i zmiany serwisu. Czy jest to podyktowane odnotowanym ostatnio odpływem użytkowników, czy może chęcią górowania nad konkurencją pod każdym względem – ciężko stwierdzić, ale z pewnością Mark Zuckerberg chce wprowadzić spore zmiany.

    Świadczy o tym zgłoszenie patentowe, które trafiło do USPTO (amerykański odpowiednik urzędu patentowego) w połowie 2011 r. W dokumentach znaleźć można informacje na temat szykowanych zmian w kontach użytkowników. Przede wszystkim, będzie istniała możliwość większej personalizacji profilu oraz ograniczenie ilości otrzymywanych niechcianych wiadomości oraz reklam. Najprawdopodobniej za dostęp do takich narzędzi będzie trzeba zapłacić.

    Wśród planowanych zmian mówi się także o położeniu większego akcentu na zdjęcia, które stanowią największą część zawartości serwisu. Mają zostać wprowadzone funkcjonalne narzędzia do grupowania newsów, znajomych i zawartości pochodzącej z mediów. Ogólne używanie serwisu ma się stać bardziej intuicyjne i prostsze.

    Zmiany w najpopularniejszym na świecie portalu społecznościowym wydają się nieuniknione – z jednej strony odpływ użytkowników może zasilić konkurencyjne serwisy, z drugiej akcjonariusze spółki oczekują coraz większych zarobków. Mark Zuckerberg zapowiada, że nowe rozwiązania mają być wprowadzane stopniowo. Czy wzbudzą tyle emocji, co niedawne wprowadzenie profilu w formie osi czasu? Czas pokaże.

    Sklepy internetowe to wielka wygoda dla konsumentów, ale wiążą się z nimi również czasem niezbyt przyjemne zdarzenia. Do takich można zaliczyć próby zamieszczania przez sprzedawców internetowych w regulaminach ich sklepów mniej korzystnych warunków zakupu lub rozwiązywania sporów z niego wynikłych, niż gwarantuje prawo. Tego typu klauzule zawarte w regulaminach to klauzule niedozwolone, inaczej klauzule abuzywne. Ich rejestr prowadzony jest przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta.

    W 2012 r. w tym rejestrze znalazły się aż 432 zapisy z dziedziny handlu internetowego. Liczba ta może wynika z tego, że przedsiębiorcy zakładający sklepy internetowe nie zawsze korzystają przy tworzeniu regulaminu z pomocy prawnika, a nierzadko też kopiują gotowe już regulaminy innych sklepów z podobnej branży.

    Najbardziej popularne w tym niechlubnym rankingu są klauzule, które narzucają konsumentom właściwość miejscową sądu właściwego przedsiębiorcy. Zgodnie z prawem, w sytuacji sporu konsumenta ze sprzedawcą konsument może wybrać sąd według właściwości określonej w przepisach. Kolejna popularna klauzula niedozwolona dotyczy zastrzeżenia przez sklep prawa do zmiany regulaminu. Oczywiście, regulamin taki może być zmieniony, ale niedozwolone jest zastrzeganie, że zmiany automatycznie obowiązują wszystkich kupujących.

    Łamane jest też prawo odstąpienia od umowy. W tym przypadku sprzedawcy usiłują zwrócić klientowi tylko część kwoty ceny towaru lub nakładają na konsumenta obowiązek zwrotu towaru w oryginalnym opakowaniu. Sprzedawcy w regulaminach próbują też wydłużać okres rozpatrzenia reklamacji oraz uchylać się od odpowiedzialności za opóźnienia w dostawie.

    Aby uchronić się przed karami wynikającymi ze stosowania klauzul niedozwolonych, sprzedawcy internetowi powinni dokładnie przemyśleć regulamin sklepu internetowego, a nie bezmyślnie go kopiować.

    Spółka Sony Computer Entertainment uaktywniła się ostatnio w patentowaniu różnorodnych technologii związanych z grami komputerowymi oraz na konsole. Do tej pory spółka zgłosiła do ochrony na przykład kontroler Move z termicznymi właściwościami oraz rozwiązanie mające uniemożliwić handel używanymi grami. Najnowszym wynalazkiem Sony zgłoszonym jako patent jest EyePad. Jest to tablet dotykowy, nie posiadający wyświetlacza, który współdziałała tylko z konsolą.

    Urządzenie posiada dwie kamery boczne i kilka czujników ruchu, co pozwoli na generowanie wirtualnych przycisków umożliwiających grę w trójwymiarze. EyePad mógłby więc spełnić też standardowe funkcje kontrolera.

    We wniosku patentowym są również odniesienia do zastosowania EyePad'a w serii EyePet, która opiera się na technologii rozszerzonej rzeczywistości, gdzie gracz opiekuje się wirtualnym zwierzątkiem.

    Oprócz samej idei takiego urządzenia ciekawy jest też wybór jego nazwy, budzący od razu skojarzenie z nazwą tabletów Apple. EyePad brzmi bowiem niemal identycznie jak iPod. Można więc robić zakłady, czy komputerowy gigant z Cupertino postanowi zadziałać w sprawie nazwy nowego wynalazku Sony.

    poniedziałek, 04 marzec 2013 12:00

    Nie ruszaj nie swoich zdjęć

    Napisał

    Naruszenia praw autorskich to nie tylko domena małych podmiotów, które chcą nieuczciwie oszczędzić na kosztach swojej działalności. Dopuszczają się ich również wielkie przedsiębiorstwa, których na pierwszy rzut oka nikt nie posądziłby o takie praktyki.

    Brandon Staton to jeden ze znanych nowojorskich fotografów, który prowadzi bloga, na którym zamieszcza zdjęcia oryginalnie wyglądających mieszkańców Nowego Jorku. Ze względu na te właśnie zdjęcia dom mody Donna Karan New York (DKNY) zaproponował mu 15 tysięcy dolarów za możliwość ozdobienia nimi witryn i wnętrz swoich sklepów. Fotograf uznał jednak kwotę (w przeliczeniu około 50 dolarów za zdjęcie) za niewystarczającą i odmówił.

    Na pewno zdziwił się więc, kiedy w lutym 2013 r. dowiedział się od znajomych, że pomimo niedojścia do skutku współpracy z DKNY jego zdjęcia ozdobiły sklepy marki w Bangkoku. DKNY postanowiło więc naruszyć prawa autorskie do zdjęć i wykorzystać je bez pytania.

    Chociaż najprawdopodobniej wygrałby proces sądowy, Staton zażądał jednak od nieuczciwej spółki zamiast zadośćuczynienia 100 tysięcy dolarów na fundację charytatywną YMCA.

    Finalnie, modowa spółka przekazała na rzecz wskazanej fundacji, która pomoże nowojorskim dzieciom aktywnie spędzać czas, 25 tysięcy dolarów i przeprosiła fotografa. DKNY pociągnie jednak za sobą wątpliwą reklamę spółki, która oszczędza nieuczciwie wykorzystując cudzą własność.

    Sąd Okręgowy w Warszawie w nieprawomocnym wyroku stwierdził, iż Polska Izba Książki działała w interesie wydawców, których prawa zostały naruszone przez powoda, w związku z czym oddalił pozew właściciela Chomikuj.pl o ochronę dóbr osobistych. Adwokat powoda planuje złożyć odwołanie od wyroku do Sądu Apelacyjnego.

    Serwis Chomikuj.pl oferuje użytkownikom przestrzeń internetową o różnych rozmiarach, na której można „chomikować” oraz udostępniać m. in. muzykę, filmy, ebooki. Pobieranie plików umieszczonych na serwerze jest płatne.

    Przedmiotem sprawy był komunikat umieszczony na stronie internetowej Polskiej Izby Książki w 2010 r., w którym podana została informacja, iż sekcja publikacji elektronicznych wystąpi z wnioskiem do rady Izby o złożenie pozwu zbiorowego przeciwko Chomikuj.pl. Komunikat wskazał również powód takiego działania, a mianowicie nielegalną publikację utworów objętych ochroną praw autorskich oraz praktyki pirackie. Powód poczuł się dotknięty owym komunikatem, w związku z czym domagał się przeprosin na stronie Polskiej Izby Książki i usunięcia komunikatu.

    Chomikuj.pl argumentował pozew tym, iż PIK nie odróżnia serwisu internetowego od jego użytkowników oraz w komunikacie przekroczył granice dozwolonej krytyki. Na swoją obronę dodał również, iż portal Chomikuj.pl bardzo szybko reaguje na zgłoszenia dotyczące naruszania praw autorskich poprzez usuwanie takich danych oraz przytoczył fragment regulaminu serwisu: „użytkownikowi zabrania się rozpowszechniania za pośrednictwem konta i folderów plików lub innych treści, do których użytkownik nie posiada praw autorskich lub innych uprawnień do ich publikacji lub rozpowszechniania w internecie”.

    Z kolei PIK wskazała, iż działania powoda mające na celu przeciwdziałanie naruszaniu prawa nie są wystarczające, natomiast główną usługą świadczoną przez Chomikuj.pl jest kopiowanie, dzielenie się oraz udostępnianie plików. Sąd w wyroku stwierdził, że wypowiedź pozwanego była radykalna, lecz jej bezprawność jest wyłączona poprzez działanie na rzecz ogółu wydawców, których prawa są naruszane. Sędzia zauważył, że przechowywanie i udostępnianie plików na serwerze Chomikuj.pl umożliwia do nich dostęp dla nieograniczonej ilości odbiorców, a takie działanie stanowi źródło zysków powoda. Portal Chomikuj.pl zapowiedział odwołanie się od wyroku.

    Warto wspomnieć, iż spory pomiędzy PIK, a Chomikuj.pl trwają już około dwóch lat. Wszystko zaczęło się od skarg wydawców na okoliczność pojawiania się w portalu ich książek w formie zeskanowanej, z których portal czerpie zyski za umożliwianie ich transferu.

    Początkowo serwis pozwano na podstawie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Powołano się wówczas na brak skuteczności w blokowaniu plików naruszających prawa autorskie. Chomikuj.pl w swojej obronie stwierdził, iż jest tylko hosterem danych, a na zawiadomienia o naruszaniu praw autorskich podejmuje zdecydowane działania. Sprawa nie przyniosła większych rezultatów.

    Na koniec 2012 r., 15 zrzeszonych w PIK wydawnictw złożyło pozew zbiorowy przeciwko Chomikuj.pl o naruszanie praw autorskich. Dodatkowo wydawnictwa domagają się zakończenia działalności portalu w dotychczasowej formie.

    Gorączka oscarowej nocy powoli opada. Jak co roku, ostateczny werdykt jury Amerykańskiej Akademii Filmowej jednych zaskakuje, drugich oburza, a jeszcze innym otwiera drzwi do kariery. Wszakże udowodniono, że film choćby nominowany do Oscara może osiągnąć dzięki temu wymiernie lepsze wyniki finansowe. Ale myli się ten, kto sądzi, że na współczesnym kinie głównego nurtu zarabia tylko przemysł filmowy – od wielu lat, zarówno na ekranie, jak i gali wręczenia statuetek można zauważyć coraz częstsze zabiegi marketingowe polegające na zręcznym lokowaniu produktów. Filmowy bohater z markowym gadżetem w dłoni, czy odbierająca nagrodę gwiazda w kreacji znanego projektanta potrafi zwiększyć rzeczywiste zyski przedsiębiorców o wiele bardziej skutecznie, niż szeroko zakrojona kampania reklamowa.

    Doświadczeni kreatorzy wizerunku zgodnie stwierdzają, że lokowanie produktu na ekranie lub w dłoni kogoś znanego jest reklamą o wysokiej skuteczności – widz nie traktuje jej jak zła wcielonego (jak w przypadku przerw reklamowych w trakcie filmu), na które szybko staje się zupełnie obojętny, a samoczynnie kieruje wzrok na znaną postać i, przy okazji, na znane logo czy znak towarowy. Analogicznie jest ze sponsorowaniem dużych imprez rozrywkowo-kulturalnych: plejada gwiazd występująca na scenie opatrzonej reklamą sponsora, czy jego wszędobylski znak towarowy na festiwalu filmowym siłą rzeczy tworzy skojarzenia danych marek z takimi przedsięwzięciami. W ten sposób buduje się konkretny wizerunek marki i znaku towarowego, ale jednocześnie wzrasta jej rozpoznawalność, co przekłada się na popularność i notowane zyski.

    Samochód, garnitur, a nawet zegarek Jamesa Bonda stanowi łakomy kąsek dla kreatywnych przedsiębiorców. A co zrobić, by wprowadzić do filmu coś zupełnie nie pasującego do wizerunku brytyjskiego agenta? Wykorzystać wątek kryzysu osobowości bohatera i włożyć w jego dłoń opatrzone znakiem towarowym piwo, zamiast tradycyjnego martini towarzyszącego mu od samego początku. Widzowie sami zwrócą uwagę na ten detal, a koncern wkrótce będzie liczył zyski. Gdy przyjdzie do wręczania Oscarów, warto zastanowić się nad wręczeniem gościom pakietu swoich produktów w charakterze prezentu. Nie trzeba dużo inwestować, by wówczas produkt ze znanym logo trafił na okładki czasopism czy strony portali plotkarskich.

    Spece od marketingu wskazują na same plusy takiej strategii – przy niższych kosztach przedsięwzięcia, dany znak towarowy zapisuje się w świadomości konsumenta. Nawet osoba niezainteresowana danym produktem, ale szukająca informacji na temat gwiazdy czy jej działalności, mimowolnie natrafia na dany znak towarowy, więc taka reklama zatacza o wiele szersze kręgi niż reklama konwencjonalna. Nikt nie liczy opłat za czas antenowy, strony w gazecie czy billboardy – dobrze lokowany znak jest na topie o tyle, o ile jego nośnik utrzymuje swą popularność. Eksperci wskazują, że odbiorcy product placement są o wiele bardziej podatni na zapamiętanie i kojarzenie danego znaku towarowego, niż w przypadku standardowych reklam.

    Od wieków znany jest pogląd, że reklama jest dźwignią handlu. Specjaliści od marketingu i wizerunku znajdują coraz wymyślniejsze sposoby na dotarcie ze swoim przekazem do przeciętnych odbiorców. Czy lokowanie produktu zagrozi konwencjonalnym reklamom? Wydaje się, że nie – wszakże doskonale je uzupełnia. Natomiast można się spodziewać, że lokowanie produktu wkrótce wkroczy do naszego życia na dobre na wielu płaszczyznach.

    środa, 20 luty 2013 12:00

    Jednolity patent na NIE

    Napisał

    Wielu ekspertów z zakresu prawa patentowego nie zgadza się z ideą jednolitego patentu europejskiego. Członek rządowej Rady Informatyzacji Józef Halbersztadt twierdzi, iż Polska nie tylko nie powinna przystępować do jednolitego patentu europejskiego, ale również powinna go zaskarżyć, gdyż jest on sprzeczny z prawem Unii Europejskiej. Jego zdaniem w europejskim systemie patentowym, Europejski Urząd Patentowy (EPO) jest pozbawiony kontroli i nadzoru w swoim działaniu. W ramach Europejskiej Konwencji Patentowej, EPO stanowi agencję posiadającą odrębny budżet, a jej działanie jest skomercjalizowane. Najlepszym przykładem jest przeznaczanie nadwyżki budżetowej na premie oraz ewentualnie na inwestycje.

    Halbersztadt zauważa również, iż Europejski Urząd Patentowy działa w odłączeniu od klasycznego systemu trójpodziału władzy, ze względu na brak kontroli wybieranej władzy politycznej oraz braku możliwości odwołań od decyzji administracyjnej do sądu. Na podobnej zasadzie działa centralny sąd patentowy, który zastępuje sądownictwo krajowe.

    Takie działanie ukazuje wręcz naśladownictwo systemu patentowego Stanów Zjednoczonych, który został scentralizowany 30 lat temu i do dzisiaj wywołuje wiele niekorzystnych skutków, np: duży wzrost spraw sądowych oraz kosztów procesowych. Polska przystępując do jednolitego patentu europejskiego, musi liczyć się z napływem zagranicznych patentów, co z kolei może ograniczyć rodzime innowacje i wynalazki.

    Pozostając przy obecnej regulacji systemu patentowego, w naszym kraju, ze względu na barierę językową zostanie ograniczona liczba napływających, zagranicznych patentów, dodatkowo polscy wynalazcy zachowają ułatwienia, chociażby ze względu na możliwość starania się o patent w państwach objętych porozumieniem.

    W zaskarżeniu jednolitego patentu Polska nie byłaby sama, gdyż obecnie Trybunał Sprawiedliwości UE rozpatruje skargi Hiszpanii i Włoch. Dodatkowo kraje te nie przystąpią do jednolitego patentu europejskiego i Polska powinna pójść ich śladem.

    KE twierdzi natomiast, iż jednolity patent europejski spowoduje znaczne obniżenie kosztów. Obecnie koszt uzyskania patentu europejskiego w 27 krajach Unii Europejskiej wynosi ponad 36 tysięcy euro, z kolei w ramach jednolitego patentu, taki koszt wyniesie ok. 6,5 tysięcy euro przez pierwsze 12 lat przejściowych, a później około 5 tysięcy.

    FOR, czyli Forum Obywatelskiego Rozwoju w dniu 14 lutego 2013 roku zorganizowało debatę w sprawie jednolitego patentu.

    Prof. Aurelia Nowicka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, będąca ekspertem w zakresie prawa własności intelektualnej uważa, iż beneficjentami jednolitego patentu będą firmy i gospodarki państw lepiej rozwiniętych technologicznie. W wyniku tego ulegnie pogorszenie interesu krajów takich jak Polska, z mniejszym potencjałem innowacyjności oraz posiadającymi mniejsze środki m.in. na badania i rozwój. W rezultacie pozycja firm działających na takich rynkach ulegnie pogorszeniu, a to spowoduje brak równowagi pomiędzy państwami lepiej rozwiniętymi, a tymi z mniejszym potencjałem.

    Członek Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego, prof. Stanisław Sołtysiński zauważył, iż w Europie zdecydowana większość patentów przyznawana jest państwom spoza UE, a jednolity patent nie spowoduje poprawy takiego stanu, w rezultacie powodując pogorszenie interesów Europy.

    Z kolei Katarzyna Urbańska z PKPP Lewiatan uważa, że jednolity patent europejski nie będzie korzystny dla wszystkich państw członkowskich. Korzyści uzyskają tylko niektóre państwa UE, a także chociażby USA i Japonia. Przykładowo podmioty w Polsce będą musiały ponosić wysokie koszty tłumaczenia dokumentów, gdyż składane wnioski oraz otrzymywane informacje będą w językach obcych. Urbańska podkreśla, iż jednolity patent skierowany jest głównie do dużych, bogatych i zaawansowanych podmiotów, gdyż to właśnie oni poradzą sobie w każdych warunkach.

    Eksperci biorący udział w debacie podsumowali jednolity patent europejski tym, iż skorzystają na nim tylko duże podmioty, które w nowym systemie będą faworyzowane. Małe i średnie przedsiębiorstwa (właśnie takie przeważają w Polsce) nie będą chętnie korzystać z jednolitego patentu, gdyż zostaną znacznie obciążone w tym względzie. Zamiast zachęcić i poprawić ich sytuację jednolity patent zadziała na ich niekorzyść, gdyż zostaną wyprzedzone przez większe korporacje.

    Spór o jednolity patent trwa blisko 30 lat. W grudniu 2012 r. zostały przyjęte przez Parlament Europejski oraz Radę Unii Europejskiej rozporządzenia w tej sprawie . Jednak to nie przesądza o wprowadzeniu systemu, wymagana jest jeszcze ratyfikacja umowy międzynarodowej w sprawie jednolitego patentu. Sprzeciwy zgłosiły już Hiszpania i Włochy. Również Polska jeszcze w grudniu 2012 zgłosiła zastrzeżenia w tej sprawie. Umowa o jednolitym patencie wejdzie w życie, jeżeli zostanie ratyfikowana przez minimum 13 państw członkowskich, w tym Francję, Niemcy, Wielką Brytanię, czyli kraje posiadające najwięcej europejskich patentów.

    Warto wspomnieć, iż ostatnio firma Deloitte przeprowadziła ekspertyzę, wg której w przypadku przyjęcia przez Polskę jednolitego patentu koszty spraw sądowych, zakupu licencji oraz innych czynności związanych z patentami wzrosłyby w ciągu 20 lat o 53 miliardy złotych. Przez kolejną dekadę koszty sięgnęłyby w sumie ok. 79,4 miliarda złotych. Wszystko za sprawą przyjęcia powyższego systemu patentowego.