Aktualności
piątek, 04 listopad 2016 16:24

Licencja na książkę

Napisała

Na długie, jesienne i zimowe wieczory najlepszy jest kubek herbaty i ciekawa książka. Kiedy skończymy czytać własny egzemplarz, możemy go pożyczyć znajomym lub rodzienie. Ograniczenia w przekazywaniu kolejnym użytkownikom tego samego egzemplarza książki dotyczyły do tej pory wyłącznie książek elektronicznych, tak zwanych ebooków. Służy do tego zabezpieczenie DRM (Digital Rights Management). Wydawcy mają jednak pomysły, aby takie same ograniczenia zastosować wobec zwykłych, papierowych książek.

Amerykański wydawca Aspen Publishers wpadł na pomysł, aby podręcznik akademicki, który wydaje, studenci kupowali w zestawie, w wersji elektronicznej i papierowej, w ramach programu o nazwie Connected Casebook. Wersja elektroniczna wartego 200 dolarów podręcznika miałaby do nich należeć „na zawsze”, jednak wersję papierową musieliby po zakończeniu semestru zwrócić. Ten, kto kupi podręcznik, nie będzie mógł więc odsprzedać jego papierowego wydania młodszym kolegom, jak to często robią studenci.

Takie działania stanowią zapewne próbę wyeliminowania obrotu używanymi podręcznikami. Oczywiście, wydawnictwo wypiera się jakiegokolwiek utrudniania życia nabywcom książek twierdząc, że ich nie sprzedaje, ale udostępnia „licencję na książkę”. Jest to również przykład niebezpiecznego precedensu w zakresie tak zwanej doktryny pierwszej sprzedaży. W ramach tej doktryny zakłada się, że nabywca legalnej kopii chronionego dzieła ma prawo do przekazania tej kopii innej osobie. Jest to jedno z najistotniejszych założeń prawa autorskiego, obok dozwolonego użytku.

Póki co, takie zakusy wydawnictw mogą być powstrzymane wyłącznie przez wykładowców, którzy mogą po prostu wymagać od swoich studentów korzystania z innych podręczników. Jak widać, zachłanność wydawców nie zna bowiem granic i nadal próbują oni tak wykorzystać prawo autorskie, aby działało wyłącznie na ich korzyść.

piątek, 10 luty 2017 09:36

Skarga na oliwę

Napisała

17 czerwca 2002 r. skarżący, Roberto Mengozzi, dokonał w Urzędzie Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) zgłoszenia słownego unijnego znaku towarowego TOSCORO, głównie dla artykułów spożywczych. Oznaczenie to zostało zarejestrowane. 10 grudnia 2012 r. interwenient, Consorzio per la tutela dell’olio extravergine di oliva Toscano IGP, wystąpił do EUIPO z wnioskiem o unieważnienie prawa do zakwestionowanego znaku towarowego. Wniosek o unieważnienie prawa do znaku opierał się na chronionym oznaczeniu geograficznym „Toscano” zarejestrowanym w Unii Europejskiej dla oliwy z oliwek. Wniosek o unieważnienie prawa do znaku dotyczył wszystkich towarów.

29 listopada 2013 r. Wydział Unieważnień uwzględnił wniosek dla niektórych towarów, takich jak „oleje i tłuszcze jadalne”; „roślinne oleje jadalne, w szczególności oliwa z oliwek”, „produkty do aromatyzowania i przyprawiania potraw, sosy sałatkowe”. Skarżący wniósł do EUIPO odwołanie od decyzji. Decyzją z dnia 5 czerwca 2015 r. Druga Izba Odwoławcza EUIPO uwzględniła w części odwołania skarżącego i interwenienta. Sprawa trafiła przed Sąd UE, który wydał wyrok na początku lutego 2017 r.

Skarżący twierdził, że nawet gdyby omawiane oznaczenie geograficzne nie stało się rodzajowe, czego nie przyznaje, to Izba Odwoławcza dopuściła się błędu w ocenie przy dokonywaniu analizy podobieństwa kolidujących ze sobą znaków towarowych. Na płaszczyźnie fonetycznej wyraz „toscoro” wymawia się, przynajmniej w językach angielskim, włoskim i hiszpańskim, z akcentem na ostatniej sylabie. W wyrazie „toscano”, przynajmniej w języku angielskim, akcent pada na środkową sylabę. Kolidujące ze sobą oznaczenia różnią się zatem w tym względzie. Różnią się one też na płaszczyźnie wizualnej ze względu na odmienną ortografię. Wreszcie na płaszczyźnie konceptualnej wyraz „toscoro” stanowi wymyślone słowo, podczas gdy omawiane oznaczenie nawiązuje do koncepcji oliwy z oliwek z Toskanii. Kolidujące ze sobą oznaczenia różnią się zatem także pod tym względem. Izba Odwoławcza nie powinna była też dzielić zakwestionowanego znaku towarowego i omawianego oznaczenia.

Sąd uznał jednak, że w niniejszej sprawie Izba Odwoławcza zastosowała rozporządzenie nr 2081/92, który stanowi, że „zarejestrowane nazwy są chronione przed każdym niezgodnym z prawem zawłaszczeniem, imitacją lub aluzją, jeśli nawet prawdziwe pochodzenie produktu jest zaznaczone lub chroniona nazwa została przetłumaczona, lub towarzyszy jej wyrażenie »w stylu«, »rodzaju«, »przy użyciu metody«, »tak jak produkowane w«, »imitacja« lub »podobne«”. Zważywszy na występujące między kolidującymi ze sobą oznaczeniami podobieństwa wizualne i fonetyczne, Izba Odwoławcza uznała, że używanie oznaczenia TOSCORO stanowi, w przypadku niektórych towarów, aluzję do oznaczenia geograficznego. Skarga nie została uwzględniona.

poniedziałek, 25 wrzesień 2017 09:56

Rogaty znak towarowy

Napisała

1 grudnia 2010 r. skarżąca, Jordi Nogues, SL, dokonała w Urzędzie Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) zgłoszenia unijnego znaku towarowego BAD TORO, zawierającego element słowny oraz czarno-białą postać byka. 12 kwietnia 2011 r. interwenient, Grupo Osborne, SA, wniósł sprzeciw wobec rejestracji zgłoszonego znaku, który opierał się na wcześniejszych znakach towarowych EL TORO i TORO. Wydział Sprzeciwów uwzględnił sprzeciw w całości. Spółka Jordi Nogues wniosła jednak odwołanie od tej decyzji, które zostało oddalone przez Izbę Odwoławczą. Sprawa trafiła przed Sąd UE, który pod koniec września 2017 wydał w niej wyrok.

Z orzecznictwa wynika, że całościową ocenę prawdopodobieństwa wprowadzenia w błąd w zakresie dotyczącym wizualnego, fonetycznego lub konceptualnego podobieństwa kolidujących ze sobą oznaczeń należy oprzeć na wywieranym przez nie całościowym wrażeniu, ze szczególnym uwzględnieniem ich elementów odróżniających i dominujących. Sposób postrzegania znaków towarowych przez przeciętnego konsumenta danych towarów lub usług odgrywa w ramach całościowej oceny wspomnianego prawdopodobieństwa decydującą rolę. W tym względzie przeciętny konsument postrzega co do zasady znak towarowy jako całość i nie zajmuje się analizą jego poszczególnych elementów.

Izba Odwoławcza stwierdziła istnienie ogólnego wrażenia podobieństwa kolidujących ze sobą oznaczeń ze względu na ich słowną i konceptualną zbieżność wynikającą z obecności określenia „toro”, które łatwo rozpoznać w zgłoszonym znaku towarowym i które, po pierwsze, stanowi jedyny składnik wcześniejszego słownego unijnego znaku towarowego i jedyny element słowny wcześniejszego graficznego hiszpańskiego znaku towarowego, po drugie, odznacza się charakterem odróżniającym, a po trzecie, nie zajmuje drugorzędnej pozycji w zgłoszonym znaku towarowym. Co się tyczy czysto słownych wcześniejszych znaków towarowych, Izba Odwoławcza uznała, że podobieństwo jest wzmocnione tą okolicznością, że określenie „toro” zachowuje w zgłoszonym znaku towarowym niezależną pozycję odróżniającą.

Sąd wskazał, że element graficzny zgłoszonego znaku towarowego jest fantazyjnym rysunkiem przedstawiającym byka z wielkimi rogami i o niezadowolonym spojrzeniu. W tym względzie, po pierwsze, jego wydatna wielkość w zgłoszonym znaku towarowym znacząco przekracza wielkość elementu słownego. Po drugie, element graficzny jest umieszczony ponad elementem słownym. Po trzecie, przedstawiony byk jest masywny, czarny i szczególnie oryginalny. W tych okolicznościach należy uznać, że fantazyjność oraz wielkość elementu graficznego będą mogły odwrócić uwagę właściwego kręgu odbiorców od umieszczonego poniżej elementu słownego. Tym samym skarżąca miała podstawy, by twierdzić, że Izba Odwoławcza niesłusznie uznała, że żaden z połączonych elementów zgłoszonego znaku towarowego nie dominuje nad wrażeniem wizualnym. W rezultacie element słowny zgłoszonego znaku towarowego, w tym określenie „toro”, zajmuje w zgłoszonym znaku towarowym drugorzędną pozycję. Jednakże, element słowny jest odtworzony wielkimi literami. Pomimo znacznej wielkości elementu graficznego element słowny jest wyraźnie widoczny. W tych okolicznościach charakter dominujący elementu graficznego zgłoszonego znaku towarowego nie jest w stanie czynić elementu słownego „badtoro” pomijalnym w ramach całościowego wrażenia wywieranego przez znak towarowy

W rezultacie, Sąd uwzględnił zarzut dotyczący tego, że uznając w przypadku kolidujących ze sobą oznaczeń istnienie prawdopodobieństwa wprowadzenia w błąd, EUIPO naruszyło przepisy i tym samym stwierdził nieważność zaskarżonej decyzji.

piątek, 18 sierpień 2017 09:18

Słodkie zmartwienie Toblerone

Napisała

Kształt jest cechą towarów, która teoretycznie również może być chroniona jako zarejestrowany znak towarowy. W praktyce uzyskanie prawa do znaku 3D nie jest takie proste. Wynika to z faktu, że przepisy zabraniają rejestracji jako znaków towarów produktów, których kształt zwiększa ich wartość. Z tej przyczyny odmówiono na przykład rejestracji głośników do odtwarzacza muzycznego, których kształt tak naprawdę wynikał z ulepszających je cech technicznych.

Na rejestrację trójwymiarowych znaków towarowych chrapkę mają często producenci słodyczy. Wiadomo, że każdy chce zachować monopol na charakterystyczny kształt batonika czy czekolady. Niektórym taka sztuka się udaje – jako znak 3D zarejestrowany jest między innymi specyficzny kształt czekolady Toblerone, składającej się z trójkątnych segmentów. Niedawno firma Mondelez, producent Toblerone, wystosowała pismo ostrzegawcze do firmy Poundland, która oferuje czekoladowe batony okształcie podobnym do Toblerone. Czekoladki Twin Peaks również są podzielone na podobne, choć węższe, segmenty.

Poundland wypuścił na rynek swoje czekolady po niekorzystnym dla Mondelez odbiorze przez konsumentów wiadomości, że szwajcarski producent czekolady zwiększa luki pomiędzy szczytami w swoich własnych batonach, aby zrekompensować wyższe koszty produkcji. Wersja zarejestrowana jako znak towarowy ma bowiem 12 czekoladowych szczytów, a regularny batonik – obecnie 9. Sieć Poundland twierdzi więc, że nie narusza praw do znaku towarowego, ponieważ jego wersja czekoladki różni się kształtem od chronionej postaci. Mondelez obstaje jednak przy swoim. Spółka twierdzi, że batony Poundland stanowią naruszenie jej praw. Jeżeli żadna ze stron nie da za wygraną, być może sprawa skończy się przed sądem.

wtorek, 06 listopad 2012 12:00

Znak towarowy „Ossolineum” uratowany

Napisała

W październiku 2012 r. udało się uratować nazwę i znak najstarszego polskiego wydawnictwa. Jak zapewnił minister kultury Bogdan Zdrojewski, proces wykupienia praw do znaku towarowego „Ossolineum” przez jego resort zakończył się sukcesem. Tym samym udało się uratować nazwę i znak najstarszego polskiego wydawnictwa.

W lipcu 2012 r. Wydawnictwo Ossolineum zostało postawione w stan likwidacji. Wówczas minister Bogdan Zdrojewski zapowiedział, że przeznaczy 600 tys. złotych na wykupienie praw do znaku towarowego oficyny działającej nieprzerwanie od 1817 r. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego miało również przejąć zasoby wydawnictwa oraz praw autorskie do jego zbiorów. Dzięki tym działaniom, jak już dziś wiadomo, pomyślnie sfinalizowanym udało się uratować nazwę i znak „Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo” oraz serii wydawniczych, w tym „Biblioteka Narodowa”.

W rozmowie z Polską Agencją Prasową minister Zdrojewski odniósł się do sytuacji Państwowego Instytutu Wydawniczego, również znajdującego się w stanie likwidacji. Sprawa Polskich Nagrań, Wydawnictwa Muzycznego i Państwowego Instytutu Wydawniczego, których zróżnicowana podstawa prawna utrudniona przesądzenie o ich dalszym losie, jest konsultowana z Ministrem skarbu. Jak zapowiada jednak Bogdan Zdrojewski chociaż rozmowy toczą się powoli, to do końca roku mają być podjęte przedmiotowe decyzje dotyczące tych trzech podmiotów.

W lutym minister twierdził, iż rozpatrywane są trzy warianty zagospodarowania dorobku Państwowego Instytutu Wydawniczego. Pierwszy zakładał przejęcie Instytutu w całości bez zobowiązań finansowych i przekształcenie go w autonomiczny zespół Biblioteki Narodowej. Kolejnym pomysłem było podzielenie dorobku wydawnictwa pomiędzy Instytut Książki a Bibliotekę Narodową. Instytut Książki miałby kontynuować wydawanie serii PIW, zasoby zaś przejęłaby Biblioteka Narodowa. Trzeci scenariusz zakładał powołanie odrębnej instytucji, która przejęłaby zasoby i prawa autorskie nie tylko PIW, ale także innych instytucji, których dorobek i prawa autorskie są w chwili obecnej rozproszone.

środa, 11 styczeń 2017 12:34

Bojowy Netflix

Napisała

Netflix to znany – od jakiegoś czasu również w Polsce – międzynarodowy dostawca usług streamingu wideo, tak zwanego video on demand (ang. na żądanie). Netflix może być więc alternatywą dla kablówki, w której nie musimy czekać na porę emisji konkretnego serialu, ale włączamy go kiedy chcemy i oglądamy dowolną liczbę odcinków. Wielu użytkowników Netflixa chciałoby jednak mieć również opcję, aby pobrać ulubioną zawartość z możliwością oglądania jej off-line.

Odpowiedzią na takie konsumenckie pragnienia był przez chwilę DVDVideoSoft, oferujący program Free Downloader for Netflix. Ten program, opracowany przez DVDVideoSoft, był pierwszym programem na Windows, który pozwalał na pobierania filmów i seriali z Netflixa na komputery użytkowników Netflixa, poprzez łatwy w obsłudze interfejs. Choć jakość powstałego wideo nie była szczególnie dobra, oprogramowanie robiło, co miało zrobić i odwoływało się do szerokiego grona odbiorców. O programie należy jednak mówić w czasie przeszłym, ponieważ jego egzystencja nie spodobała się samemu Netflixowi.

Netflix zwrócił się do DVDVideoSoft z żądaniem zaprzestania udostępniania oprogramowania. Podstawą do wysunięcia takiego roszczenia było naruszenie praw do znaku towarowego „Netflix”. W rezultacie, DVDVideoSoft postanowiło wyciągnąć wtyczkę łączącą Free Downloader for Netflix ze światem i wycofało z rynku swoje oprogramowanie. Działania Netflixa nie są pozbawione sensu, ponieważ spółka ta sama planuje ostatnio wdrożenie systemu umożliwiającego oglądanie treści z Netflixa off-line, bez konieczności dostępu do internetu.

środa, 19 lipiec 2017 11:55

Sprawa lorda Byrona

Napisała

23 stycznia 2012 r. skarżący, Nelson Alfonso Egüed, dokonał w EUIPO zgłoszenia unijnego znaku towarowego w postaci oznaczenia graficznego z pejzażem, wizerunkiem lorda Byrona oraz elementem słownym BYRON, dla win i napojów alkoholowych. 21 czerwca 2012 r. amerykańska spółka Jackson Family Farms LLC wniosła sprzeciw wobec rejestracji zgłoszonego znaku, oparty na wcześniejszym niezarejestrowanym znaku towarowym BYRON, używanym w obrocie handlowym do oznaczania win. Wydział Sprzeciwów uwzględnił sprzeciw. Skarżący odwołał się od tej decyzji, jednak odwołanie zostało oddalone. Izba Odwoławcza stwierdziła, że przedstawione przez Jackson Family Farms dowody wystarczyły do wykazania, że niezarejestrowany znak towarowy BYRON był używany w obrocie handlowym oraz że używanie to miało w Zjednoczonym Królestwie zasięg większy niż lokalny. Spór zakończył się przed Sądem UE, który wydał wyrok 18 lipca 2017 r.

Skarżący podnosił zarzut odnoszący się do jednej z trzech przesłanek stanowiących „klasyczną triadę” czynu niedozwolonego polegającego na bezprawnym używaniu nazwy, czyli „goodwill”. W niniejszej sprawie badanie Sądu musiało w konsekwencji ograniczyć się do kwestii, czy Izba Odwoławcza w zaskarżonej decyzji prawidłowo stwierdziła, że prawo Zjednoczonego Królestwa hipotetycznie upoważniało wnoszącego sprzeciw do zakazania używania późniejszego znaku towarowego przed sądami Zjednoczonego Królestwa w ramach powództwa opartego na bezprawnym używaniu nazwy.

Z ustawy brytyjskiej w sprawie znaków towarowych wynika, że wnoszący sprzeciw musi wykazać spełnienie trzech przesłanek, a mianowicie, po pierwsze, zdobycia przez niezarejestrowany znak towarowy lub dane oznaczenie „goodwill” (czyli zdolności przyciągania klientów), po drugie, mylącego przedstawienia późniejszego znaku towarowego przez jego właściciela i po trzecie, szkody wyrządzonej owej „goodwill”. Izba Odwoławcza uznała, że przedstawione przez Jackson Family Farms dowody, rozpatrywane łącznie, wykazywały, iż spółka ta w rozpatrywanej dacie prowadziła poważną działalność handlową w zakresie win sprzedawanych pod znakiem towarowym BYRON, a zatem że została dowiedziona „goodwill”. Sąd UE zgodził się z ocena Izby Odwoławczej i oddalił skargę.

środa, 28 wrzesień 2016 13:57

Siedziba - widmo

Napisała

20 listopada 2006 r. skarżąca, spółka Sun Cali, Inc., dokonała w Urzędzie Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) zgłoszenia unijnego znaku towarowego SUN CALI, głównie dla torebek i odzieży damskiej. 16 października 2012 r. Abercrombie & Fitch Europe SA złożyła wniosek o unieważnienie prawa do graficznego znaku towarowego skarżącej dotyczący wszystkich towarów i usług, dla których znak ten został zarejestrowany, na podstawie znaku wcześniejszego, włoskiego graficznego CALI CO.

W decyzji z 17 marca 2014 r. Wydział Unieważnień częściowo uwzględnił wniosek o unieważnienie prawa do znaku stwierdzając, że przy uwzględnieniu zbiegu elementu „cali” – dominującego elementu wcześniejszego znaku towarowego – istnieje prawdopodobieństwo wprowadzenia w błąd. Obie strony wniosły do EUIPO odwołanie od decyzji Wydziału Unieważnień. Izba Odwoławcza EUIPO odrzuciła odwołanie skarżącej ze względu na błędną eprezentację oraz częściowo uwzględniła wniesione przez Abercrombie & Fitch Europe odwołanie. Spółka Sun Cali wniosła skargę do Sądu UE, a na jej poparcie podniosła, że mogła ona działać przed EUIPO za pośrednictwem jednego z pracowników oddziału, który posiada w Niemczech, mając na względzie, że ten oddział to rzeczywiste i poważne przedsiębiorstwo handlowe w Unii w rozumieniu tego przepisu.

Druga strona postępowania przed Izbą Odwoławczą, Abercrombie & Fitch Europe, w uwagach przedstawionych w odpowiedzi na wniesione przez skarżącą przed Izbą Odwoławczą odwołanie twierdziła, że skarżąca nie była prawidłowo reprezentowana przed Izbą Odwoławczą, w szczególności ze względu na brak rzeczywistego i poważnego przedsiębiorstwa handlowego w Niemczech. Na poparcie tego zarzutu Abercrombie & Fitch Europe twierdziła, że zgodnie z art. 13 Handelsgesetzbuch (niemieckiego kodeksu handlowego) skarżąca, której siedziba znajduje się poza Niemcami, powinna zarejestrować się w sądzie rejonowym, w którego rejonie zamierza prowadzić przedsiębiorstwo handlowe, czego nie uczyniła. W celu wykazania swoich twierdzeń Abercrombie & Fitch Europe załączyła, po pierwsze, wyciąg z Gemeinsames Registerportal der Länder (wspólnego niemieckiego portalu rejestracyjnego), z którego wynika, że żadne przedsiębiorstwo handlowe zawierające w swojej nazwie wyrazy „sun cali” nie jest zarejestrowane w Niemczech, oraz po drugie, wyciąg z rejestru działalności gospodarczej miasta Monachium, który potwierdza rejestrację w charakterze jednoosobowej działalności gospodarczej – na nazwisko pracownika, który reprezentował skarżącą przed Izbą Odwoławczą i który jest także jej dyrektorem generalnym – przedsiębiorstwa handlowego o nazwie SUN CALI Inc.

Sąd UE wskazał, że zgodnie z orzecznictwem pojęcie oddziału wymaga istnienia ośrodka działalności, który stale uzewnętrznia swoje działania jako przedłużenie działań przedsiębiorstwa macierzystego i posiada zarząd oraz wyposażenie materialne pozwalające mu na zawieranie transakcji z osobami trzecimi, tak aby te osoby trzecie – wiedząc, że ewentualnie nastąpi nawiązanie stosunku prawnego z przedsiębiorstwem macierzystym, którego siedziba znajduje się za granicą – były zwolnione z obowiązku bezpośredniego zwracania się do przedsiębiorstwa macierzystego i mogły zawierać transakcje z ośrodkiem działalności, który stanowi przedłużenie tego przedsiębiorstwa macierzystego. Dowody przedstawione przez skarżącą na poparcie twierdzenia, zgodnie z którym posiada ona oddział w Niemczech, nie mogły oczywiście wykazać, że to przedsiębiorstwo, na które powołuje się skarżąca, stanowi jej przedłużenie i może w konsekwencji być oddziałem skarżącej.

Co więcej, przedstawione przed Izbą Odwoławczą przez Abercrombie & Fitch Europe dokumenty – w szczególności wyciąg z niemieckiego rejestru handlowego, z którego nie wynika, że skarżąca posiada zarejestrowane w Niemczech przedsiębiorstwo – potwierdzają wywiedzione z przedstawionych przez skarżącą dowodów stwierdzenie, zgodnie z którym podnoszonego przedsiębiorstwa z siedzibą w Monachium nie można uznać za należące do skarżącej rzeczywiste i poważne przedsiębiorstwo handlowe w Unii. Skarga została oddalona wyrokiem z 22 września 2016 r.

wtorek, 22 marzec 2016 15:42

„Szczęki” są tylko jedne

Napisała

Choć nie wszyscy widzieli ten film o krwiożerczym rekinie, to każdy chyba kojarzy charakterystyczny motyw muzyczny ze „Szczęk”. Teraz okazuje się, że pomimo upływu lat, „Szczęki” - w oryginale „Jaws” - bardzo dobrze trzymają się na amerykańskim rynku. W kwietniu bieżącego roku amerykański urząd patentowy wydał decyzję, w której odmówił rejestracji znaków towarowych „JAWS” i „JAWS DEVOUR YOUR HUNGER” dla kulinarnego kanału internetowego.

W uzasadnieniu decyzji urząd wskazał, że konsumenci mogliby pomyśleć, iż program kulinarny jest w jakiś sposób powiązany z legendarnym filmem. Zdaniem urzędu, film „Szczęki” głęboko wniknął w kulturę popularną, doczekał się nawet licznych odwołań i parodii. Zgłaszający znaki towarowe wskazywał, że jest mało prawdopodobne, aby obeznani zarówno z Internetem, jak i filmami oraz innymi źródłami rozrywki konsumenci, będący widzami jego programu kulinarnego, dostępnego wyłącznie za pomocą Internetu, uznali, że jego show jest gospodarczo powiązany z producentem filmu sprzed czterdziestu lat, który był dodatkowo produkowany jako raczej niszowy.

Urząd patentowy nie dał się jednak przekonać tym argumentom, również odnośnie do drugiego zgłoszonego znaku towarowego. Wskazał, że słowa „DEVOUR YOUR HUNGER” mogą wywoływać skojarzenia nie tylko z gotowaniem, ale i z zachowanie krwiożerczego rekina z filmu. 

piątek, 22 listopad 2013 08:10

Prawa autorskie zablokują dziennikarstwo?

Napisała

Z absurdalną sytuacją związaną z prawami autorskimi spotkał się ostatnio amerykański dziennikarz Mike Gerrard. Aby opisać całą sprawę, musimy się cofnąć do roku 1994. W tym czasie Bill Bryson, autor humorystycznych książek podróżniczych, udzielił Mike'owi Gerrarda wywiadu, który został opublikowany w gazecie "Passport". Trzeba tu podkreślić, iż wydawcą magazynu był sam Gerrard.

Obecnie, czyli prawie 20 lat później, ten sam dziennikarz postanowił wydać ponownie ten sam wywiad w formie e-booka na czytnik Kindle. Krótki e-book nosił tytuł „Bill Bryson: The Accidental Traveller”, a jego sprzedaż nie była wcale najniższa. We wskazanej publikacji autor umieścił linki do książek Brysona oraz w zrozumiały sposób wskazał, iż jest to ponownie wydany wywiad sprzed wielu lat.

E-book Gerrarda został jednak usunięty ze sklepu Amazon, ze względu na rzekome naruszenie praw autorskich. Całą sprawę zainicjował Transworld, obecny wydawca książek Billa Brysona, który skontaktował się również z Gerrardem i poinformował go o braku zgody autora na dodatkową publikację i sprzedaż wywiadu w formie e-booka. Dodatkowo, Transworld poinformował, że Bryson jest „właścicielem” wypowiedzianych w wywiadzie słów.

Niezależnie od rozważań nad sensem, jak również prawdziwością stanowiska przedstawionego przez Transworld – prawo autorskie zostało już wyegzekwowane poprzez skuteczne zablokowanie sprzedaży ebooka „Bill Bryson: The Accidental Traveller”.

W powyższej sytuacji stajemy przed pytaniem, co z przyszłością dziennikarstwa? Jeżeli przyjąć założenie, że osobom udzielającym wywiadu przysługiwałyby prawa autorskie do wypowiedzi, mogłoby to skutecznie zahamować działalność dziennikarską, gdyż "autorzy" słów mogliby zablokować publikację udzielonych wywiadów, a w przypadku, gdy publikacja już nastąpiła – wystąpić z różnorodnymi roszczeniami, z których większość byłaby po prostu niepoważna. Taka sytuacja jest jednak absurdalna. Czym innym jest bowiem publikacja wywiadu bez jego wcześniejszej autoryzacji, a czym innym – ponowna publikacja tego samego, autoryzowanego już wywiadu po latach. Taka sytuacja powodowałaby, że idea dziennikarstwa i jego przyszłość po prostu straciłaby sens.