Prawo na patent - Portal o znakach towarowych, wzorach przemysłowych.
    wtorek, 18 kwiecień 2017 07:08

    Prawa autorskie rodem z horroru

    Istnieje tyle gatunków filmowych, a w każdym z nich corocznie wychodzi na rynek tak wiele filmów, że każdy kinoman z pewnością znajdzie coś dla siebie, aby móc przyjemnie spędzić niekoniecznie jeszcze ciepłe, wiosenne wieczory. Co ciekawe, wiele osób lubi się bać i jest gotowa płacić za to, aby z kinowego ekranu straszyły ją kosmiczne potwory, zmutowane dinozaury i inne żądne krwi zombie. Z tego względu twórcy horrorów muszą starać się wymyślać coraz to nowe historie, którymi widz się jeszcze nie znudził. Niektórzy producenci idą łatwiejszą ścieżką i zamiast oryginalnych scenariuszy wybierają adaptacje książek. Takie działanie należy jednak – ze względu na prawa autorskie – przeprowadzić rozsądnie, ponieważ brak uwagi może się na twórcy filmu łatwo zemścić.

    Teraz, nie tyle za brak uwagi, ale raczej za celowe działanie, kara może spotkać wytwórnię Warner Bros. Została ona pozwana w związku z rzekomym naruszeniem praw autorskich. Chodzi o serię horrorów produkowanych przez Warner Brothers, opowiadających o diabolicznej lalce Anabelle. Filmy zostały nakręcone na podstawie historii badaczy zjawisk paranormalnych, Eda i Lorraine Warrenów. Problem polega na tym, że lata wcześniej Warrenowie podpisali z autorem książki „Demonolodzy. Ed i Lorraine Warren”, Geraldem Brittle, umowę dającą temu ostatniemu wyłączne prawa do adaptacji ich historii.

    Pomimo to, w 1997 r. Warrenowie podpisali kolejną umowę, tym razem z Warner Bros. Rezultatem tego była seria kasowych hitów filmów z cyklu „Obecność”, z których najnowszy zapowiadany jest na sierpień tego roku. Brittle uznał chyba, że wytwórnia zbyt wiele zarabia na przynależących w sumie jemu prawach i pozwał ją o naruszenie praw autorskich. Warner Brothers tłumaczyła się, że filmy powstały nie w oparciu o książkę czy historię pary demonologów, ale w oparciu o „fakty historyczne”, więc naruszenie majątkowych praw autorskich nie ma miejsca. W rezultacie, wytwórnia musi teraz udowodnić, że takim „faktem historycznym” jest istnienie strzyg, demonów czy upiorów. Inaczej będzie zmuszona wypłacić Brittle’owi zadośćuczynienie, być może nawet w żądanej przez niego astronomicznej wysokości 900 milionów dolarów.

    piątek, 14 kwiecień 2017 07:06

    Przepis na prawa autorskie

    Jedzenie to nie tylko paliwo, które daje nam siłę do pokonywania codziennych wyzwań, ale też nagroda lub sposób na miłe spędzenie czasu. Każdy z nas ma swoje sposoby przygotowywania ulubionych smakołyków, czasem nowe, wyszperane gdzieś na kulinarnych blogach, a czasem przekazywane w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Co ciekawe, niektóre przepisy, szczególnie te wykorzystywane przez duże firmy czy restauracje, są objęte ścisłą tajemnicą. Jako przykład można tu podać sekretną recepturę napoju opatrzonego znakiem towarowym Coca-Cola czy przepis na słynną panierkę do kurczaka z KFC - Kentucky Fried Chicken.

    Czy przepis kulinarny da się chronić tak, aby nikt nie skorzystał z niego wbrew naszej woli? Z pewnością, przepisu kulinarnego nie da się opatentować. Wydaje się więc, że główny środek do nieujawniania treści i składników przepisu na konkretne danie to chronione karami umownymi know-how. Tak właśnie o swój monopol dba producent Coca-Coli.

    Można jeszcze ewentualnie zastanowić się, czy przepisu nie dałoby się chronić na podstawie prawa autorskiego. Co prawda sam pomysł na daną potrawę i sposób jej przygotowywania nie podlegają ochronie prawnoautorskiej, jednak już literackie przedstawienie wszystkich faz i składników potrzebnych do przygotowanie danej potrawy można by uznać – w zależności od formy – za utwór w rozumieniu prawa autorskiego. W takim przypadku, wykorzystanie przepisu w książce czy na blogu w internecie bez zgody jego autora stanowić może naruszenie praw autorskich. To z kolei może skutkować nawet dochodzeniem odszkodowania przez twórcę przepisu. Na całe szczęście, naruszenia nie stanowi ugotowanie pyszności z danego przepisu, które mogą potem wylądować na świątecznym stole i zadbać o dobry humor biesiadników. 

    czwartek, 13 kwiecień 2017 10:31

    Gino Rossi walczy przed sądem

    Być może podczas obuwniczych zakupów niejeden z klientów galerii handlowych był przekonany, że Gino Rossi to włoska marka. Nic bardziej mylnego – spółka ma pochodzenie polskie i w pełni krajowy kapitał. Jedynie brzmiąca z włoska nazwa może stwarzać takie pozory. Teraz spółka postanowiła zadbać o swoją nazwę, zarejestrowaną jako znak towarowy, przed sądem. W ubiegłym miesiącu w sprawie rozstrzygał Sąd Najwyższy.

    Przedmiotem sporu było wykorzystywanie do sprzedaży i reklamowania zegarków przez przedsiębiorcę Marcina L. należącego do obuwniczej spółki znaku towarowego „Gino Rossi”. Zdaniem powodowej spółki, przedsiębiorca wykorzystywał jej oznaczenie bez jej zgody dla oferowania na rynku zegarków, co mogło wprowadzać klientów w błąd co do pochodzenia tych ostatnich. Często w końcu sklepy oferujące głównie obuwie mają też w ofercie artykuły galanterii skórzanej czy właśnie zegarki. Co ciekawe, zapobiegliwy przedsiębiorca zarejestrował nawet w Urzędzie Patentowym RP znak towarowy „gino rossi” dla zegarków.

    W toku postępowania zarówno krakowski sąd okręgowy, jak i apelacyjny, nakazały Marcinowi L. zaprzestanie używania spornego oznaczenia w odniesieniu do sprzedaży zegarków, jak też opublikowanie odpowiednich przeprosin. Problem stanowiło jedynie twierdzenie powoda, że znak „Gino Rossi” jest znakiem renomowanym. Pozwany przedsiębiorca złożył na podstawie tej kwestii skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego. Ten stwierdził, że moment, na który powinna być badana renoma znaku towarowego, to chwila wejścia na rynek rzekomego naruszyciela. W związku z tym, sprawa została przekazana sądowi apelacyjnemu do ponownego rozpoznania.

    środa, 12 kwiecień 2017 10:26

    Hermès przegrywa w Korei Południowej

    Francuski dom mody Hermès przegrał niedawno w walce z producentem popularnych w  Korei Południowej torebek marki PLAYNOMORE, zdobionych charakterystycznym motywem oczu. Po tym, jak Hermès wniósł skargę w listopadzie 2015 r., Sąd Najwyższy w Seulu wydał orzeczenie przeciwko paryskim projektantom, twierdząc, że kreskówkowe torby marki PLAYNOMORE z siedzibą w Seulu, które wykorzystują kształt i wygląd francuskich modeli „Birkin” i „Kelly”, nie naruszają koreańskich przepisów dotyczących zwalczania nieuczciwej konkurencji.

    Według Hermèsa, torebki PLAYNOMORE charakteryzują się uderzającym podobieństwem do jego słynnych modeli „Birkin” i „Kelly”, co jest niezgodne z ustawą o ochronie przed nieuczciwą konkurencją, która zabrania wprowadzania w błąd konsumentów za pomocą identycznych lub podobnych znaków towarowych, podobnej nazwy handlowej lub opakowania towarów czy też ze względu na wygląd towaru.

    Firma Hermès twierdziła, że ​​południowokoreańskie torebki odwzorowywały najbardziej znane cechy jej własnych modeli toreb, a mianowicie trójkątną klapkę, która mieści się wokół podstawy uchwytu, zamknięcie kłódki na jej środku i klamerkę przymocowaną do paska ze skóry. Biorąc pod uwagę siłę Hermès na rynku w skali globalnej wydawało się, że będzie to dla domu mody łatwe zwycięstwo. Początkowo tak było, jako że w zeszłym roku sąd niższej instancji w istocie nakazał PLAYNOMORE zapłacić 100 milionów wonów (87,336 dolarów) na rzecz francuskiego domu mody. Decyzja ta została jednakże uchylona w drodze odwołania, a Sąd Najwyższy w Seulu stwierdził, że częściowe podobieństwo projektu nie wystarczy, aby uzasadnić twierdzenie, że torby PLAYNOMORE naruszyły zakaz nieuczciwej konkurencji.

    Sąd stwierdził również, że unikalny projekt nadruku „oczu” PLAYNOMORE był kluczowym elementem tożsamości torby, a co za tym idzie, przyczyną popularności produktów wśród konsumentów. Zgodnie z wyrokiem, biorąc pod uwagę kreatywność, unikalność i estetykę, produkty firmy PLAYNOMORE osiągnęły własną popularność wśród konsumentów. Koreańska spółka wskazywała również, że nigdy nie korzystała na rynku ze znaku towarowego „Hermès” czy nazw toreb „Birkin” czy „Kelly”. 

    wtorek, 11 kwiecień 2017 10:29

    Cyberpunk nie dla wszystkich

    Cyberpunk to nurt w literaturze science-fiction oraz kinematografii, skupiający się na negatywnych konsekwencjach funkcjonowania ludzi w otoczeniu zaawansowanej technologii komputerowej i informacyjnej, którego cecha charakterystyczna to dystopijny obraz rządzonego przez korporacje świata przyszłości. Od niedawna „cyberpunk” (z dodatkiem „2077”) to również znak towarowy zarejestrowany na rzecz polskiego producenta gier komputerowych, firmy CD Projekt. Znak został zarejestrowany w Urzędzie Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej, co oznacza, że jego ochrona obowiązuje tak samo we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej, również w Polsce.

    Takie działania spółki, której najpopularniejszym produktem jest seria gier o Wiedźminie, oparta na cyklu powieści i opowiadań Andrzeja Sapkowskiego, związane są najprawdopodobniej z planowanym wprowadzeniem na rynek jej nowego produktu, gry o nazwie zawartej w świeżo zarejestrowanym znaku towarowym. Decyzja unijnego urzędu spotkała się ze zdziwieniem twórców fantastyki. „Cyberpunk” nie jest bowiem słownym wytworem CD Projekt, ale od lat funkcjonującym słowem o konkretnym znaczeniu. Takie elementy słowne zazwyczaj nie bywają rejestrowane jako znaki towarowe, szczególnie, jeśli mają powiązania z towarami lub usługami, na których się zajmują, ponieważ posiadają one uniemożliwiający rejestrację charakter opisowy. Oznacza to, że wprost wskazują pewne cechy tych produktów lub usług.

    CD Projekt S.A., a początkowo Optimus S.A., to polska spółka zajmująca się produkcją i dystrybucją gier wideo za pośrednictwem swoich jednostek zależnych. Jedną z nich jest studio deweloperskie CD Projekt RED, zajmujące się przede wszystkim produkcją gier opartych na świecie powieści Sapkowskiego o Geralcie z Rivii, które to gry odniosły wielki sukces nie tylko w Polsce, ale również zagranicą. 

    poniedziałek, 10 kwiecień 2017 08:41

    Komplementarność towarów

    29 marca 2012 r. spółka, której następcą prawnym jest N. Fink, uzyskała w międzynarodowym biurze Światowej Organizacji Własności Intelektualnej (WIPO) wskazującą Unię Europejską rejestrację międzynarodową słowno-graficznego znaku towarowego NANA FINK. 9 stycznia 2013 r. skarżąca, Nanu-Nana Joachim Hoepp GmbH & Co. KG, wniosła sprzeciw wobec tej rejestracji oparty na wcześniejszym słownym znaku towarowym Unii Europejskiej NANA.

    Wydział Sprzeciwów częściowo uwzględnił sprzeciw. Skarżąca wniosła do EUIPO odwołanie od decyzji, które zostało jednak oddalone. Sprawa trafiła przed Sąd UE, który na początku kwietnia 2017 r. wydał wyrok.

    EUIPO podnosił, że skarżąca w dużej mierze uzasadniała swe twierdzenia dotyczące podobieństwa towarów należących do klas 14, 18 i 26 w świetle towarów – jak „paski”, „ubrania”, czy też „meble”, „produkty mleczne” i „sprzęt dla artystów” – które należą w rzeczywistości do innych klas, dla których był zarejestrowany wcześniejszy znak towarowy, ale które nie były przedmiotem postępowania administracyjnego przed EUIPO.

    Sąd podkreślił, że aby móc zbadać identyczność lub podobieństwo rozpatrywanych towarów organy EUIPO muszą zawsze określić towary, które są objęte kolidującymi ze sobą znakami towarowymi, i w tych ramach muszą dokonać w stosownym przypadku interpretacji wykazu towarów, dla których znak towarowy jest zarejestrowany. Nie można zatem uznać, że argument dotyczący interpretacji wykazu towarów objętych wcześniejszym znakiem towarowym wykracza poza ramy sporu zawisłego przed Izbą Odwoławczą. Kwestie, które muszą zostać obowiązkowo rozstrzygnięte w celu wydania orzeczenia w przedmiocie sporu, stanowią bowiem część stanu faktycznego i prawnego przed Izbą Odwoławczą.

    Ponadto, Sąd wskazał, iż w świetle orzecznictwa towary lub usługi komplementarne to takie, między którymi istnieje ścisły związek polegający na tym, że jeden (jedna) jest niezbędny lub istotny (niezbędna lub istotna) do używania drugiego (drugiej) wobec czego konsumenci mogą myśleć, że za produkcję tych towarów lub świadczenie tych usług odpowiedzialne jest to samo przedsiębiorstwo. Zgodnie z orzecznictwem, estetyczna komplementarność pomiędzy towarami powinna wynikać z autentycznej potrzeby estetycznej, przejawiającej się w tym, że dany produkt uważany jest za niezbędny lub istotny dla używania innego produktu, a konsumenci traktują używanie tych dwóch produktów łącznie za normalne i zwyczajne. 

    piątek, 07 kwiecień 2017 08:38

    Stephen King oskarżony o plagiat

    Stephen King to jeden z najbardziej poczytnych żyjących pisarzy na świecie. Ten urodzony w 1947 r. amerykański pisarz wydał wiele thrillerów, które stanowią klasyki gatunku, chociażby zekranizowane w produkcji z Jackiem Nicholsonem „Lśnienie”, ale też napisał powieści innego rodzaju, które także odniosły sukces, takie jak „Zielona mila” czy 8-tomowy cykl powieści fantastycznych „Mroczna Wieża”. O te ostatnie rozpoczął się ostatnio w USA spór dotyczący praw autorskich.

    Pomysł na najgłośniejszy cykl powieściowy Stephena Kinga, pisany w latach 1970- 2012, dotyczący przygód Rolanda Deschaina, którego celem życiowym jest dotarcie do tytułowej Mrocznej Wieży, mitycznego budynku, który może być istotą całego istnienia, ma być rzekomo zbyt dokładnie oparty na komiksowej serii „The Rook”. Bohaterem tej ostatniej jest Restin Dane. Obu wymyślonych panów łączą nie tylko inicjały, ale też fakt podróżowania w czasie, walka z potworami czy nawet kowbojski strój. Nie wiadomo, czy to oraz inne twierdzenia zawarte w pozwie wystarczą, aby uznać opus magnum Kinga za plagiat.

    Z pewnością trzeba przyznać, że czasowo „The Rook” wyprzedził cykl o Mrocznej Wieży. Komiksy były bowiem wydawane w latach 1977-1983, zaś pierwsza książka z cyklu Kinga ukazała się w roku 1982.

    Co ciekawe, póki co właściwie nie wiadomo, kto złożył pozew przeciwko słynnemu pisarzowi. Twórca komiksu, Billy DuBay, nie żyje bowiem od 2010 r.; tak samo – jego współpracownik, Buddy Lewis, który zmarł cztery lata później. Wydawca serii, Warren Publishing, upadł w 1982 r., a prawa autorskie do komiksu kupiła firma Harris Publicantions. Dalej, prawa przeszły dwa lata temu na Dark Horse Comics, które to wydawnictwo reaktywowało przygody Restina Dane’a. Z pewnością gra toczy się o dużą stawkę, chociażby dlatego, że w tym roku planowana jest premiera filmu „Mroczna Wieża” opartego na książce Kinga.

     

    czwartek, 06 kwiecień 2017 11:18

    Dylematy unijnego sądu

    G. Szajner jest właścicielem słownego unijnego znaku towarowego LAGUIOLE. 22 lipca 2005 r. spółka Forge de Laguiole SARL wystąpiła z wnioskiem o częściowe unieważnienie prawa do znaku. W uzasadnieniu powołano się na firmę Forge de Laguiole, używaną przez tę spółkę w zakresie działalności polegającej na produkcji i sprzedaży wszelkiego rodzaju wyrobów nożowniczych, nożyczek, artykułów upominkowych i pamiątkowych – wszelkiego rodzaju artykułów związanych z nakryciem stołu. Zdaniem Forge de Laguiole SARL, na podstawie prawa francuskiego z tytułu tej firmy, której zasięg nie jest wyłącznie lokalny, przysługuje jej prawo do zakazania używania późniejszego znaku towarowego. Wydział Unieważnień EUIPO oddalił jednak wniosek o unieważnienie prawa do znaku. Francuska spółka odwołała się od tej decyzji.

    Odwołanie zostało częściowo uwzględnione. Izba Odwoławcza stwierdziła, że zgodnie z orzecznictwem francuskim firma jest co do zasady chroniona w zakresie wszystkich rodzajów działalności objętych przedmiotem działalności danej spółki, przy czym w przypadku gdy przedmiot działalności jest określony w sposób nieprecyzyjny lub gdy wykonywana działalność nie jest objęta tym przedmiotem, wspomniana ochrona jest jednak ograniczona do faktycznie i konkretnie wykonywanej działalności. W niniejszej sprawie zaś przedmiot działalności Forge de Laguiole SARL był określony w sposób wystarczająco precyzyjny. Postępowanie trafiło przed Sąd UE.

    Sąd stwierdził nieważność spornej decyzji w zakresie, w jakim Izba Odwoławcza EUIPO ustaliła w przypadku firmy „Forge de Laguiole” i znaku towarowego LAGUIOLE istnienie prawdopodobieństwa wprowadzenia w błąd w odniesieniu do towarów innych niż te, które były objęte działalnością faktycznie wykonywaną pod wspomnianą firmą w dacie dokonania zgłoszenia spornego znaku towarowego. W pozostałym zakresie Sąd oddalił skargę. Postępowanie przeniosło się przed Trybunał Sprawiedliwości, który wydał wyrok na początku kwietnia 2017 r.

    W przedmiocie zarzutu dotyczącego naruszenia prawa, którego jakoby dopuścił się Sąd, biorąc pod uwagę jedynie charakter towarów w celu określenia sektorów działalności Forge de Laguiole EUIPO podnosił, że Sąd orzekł, iż wyłącznie od przepisów prawa francuskiego zależy odpowiedź na pytanie, czy i – jeśli tak – w jakim zakresie firma Forge de Laguiole zezwala na zakazanie G. Szajnerowi używania znaku towarowego LAGUIOLE. W konsekwencji Sąd zdaniem EUIPO określił wspomniane sektory działalności tylko w odniesieniu do kryterium związanego z charakterem towarów i tym samym naruszył prawo. G. Szajner podnosił, że Sąd słusznie dokonał oceny podobieństwa rozpatrywanych towarów, opierając się jednocześnie na ich charakterze, jak też na ich przeznaczeniu i sposobie używania.

    Trybunał stwierdził, że Sąd nie wymienił wyraźnie uprzednio kryteriów, w odniesieniu do których powinny zostać określone rodzaje działalności faktycznie wykonywane przez Forge de Laguiole, i że w wyroku przytoczył przywoływane przez strony orzecznictwo sądów francuskich jedynie w ramach badania prawdopodobieństwa wprowadzenia w błąd. Jednakże z zaskarżonego wyroku wynika w jasny sposób, że podczas badania tych rodzajów działalności Sąd wyraźnie wziął pod uwagę nie tylko charakter rozpatrywanych towarów, lecz także ich przeznaczenie, sposób używania, klientelę, a także sposób dystrybucji. Trybunał uznał, że odwołanie nie było zasadne i należało je oddalić.

    środa, 05 kwiecień 2017 11:13

    Jak walczyć z książkowymi piratami?

    Czytanie książek to jedna z największych przyjemności, które nie kosztują wiele, a mogą przenieść w zupełnie inne światy i opowiadać coraz to nowe historie. Jeżeli jednak kupuje się wiele książek, takie hobby przestaje być tanie. Co prawda, w bibliotekach dostępnych jest teraz dużo nowości, jednak są one rozchwytywane przez czytelników, więc jeśli chce się mieć w rękach dany utwór od razu, najlepiej go po prostu kupić. Ci, którzy chcą oszczędzić, mogą książki pożyczać od znajomych. Inni nie są na tyle uczciwi i sięgają po pomoc do (nie)znajomych z internetu.

    W sieci istnieje wiele portali, które udostępniają swoim użytkownikom dostęp do miejsca na przechowywanie plików. Co więcej, takie pliki mogą być udostępniane dalej. To właśnie z takich stron zazwyczaj nielegalnie pobierane są pliki zawierające na przykład właśnie książki. Jakiś czas temu z internetowym piractwem walczyła rodzina znanych rosyjskich pisarzy science-fiction, Arkadija i Borisa Strugackich. Spadkobiercy braci Strugackich nie byli zadowoleni z faktu, że twórczość zmarłych pisarzy dostępna jest na pirackich portalach, w związku z czym wniosła do nich prośbę o wycofanie wskazanych materiałów. Część platform tak zrobiła, ze względu na niechęć do ewentualnych oskarżeń o naruszanie praw autorskich, jednak pewna ilość dzieł Strugackich nadal krążyła w internecie.

    Niezadowoleni z takiej walki o prawa autorskie, spadkobiercy Strugackich wpadli na zadziwiający pomysł. Córka Arkadija – Maria i syn Borisa – Andriej po prostu udostępnili publicznie oryginalne wersje powieści, w tym „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”, „Trudno być bogiem”, „Piknik na skraju drogi” czy „W krainie purpurowych obłoków”. Książki do pobrania ukazały się 19 marca bieżącego roku na stronie Rosyjska Fantastyka. Ponadto, trafiły tam również niepublikowane wcześniej historie i komentarze autorów.

    wtorek, 04 kwiecień 2017 11:16

    Czy będzie z tego patent Elona Muska?

    Elon Musk to twórca PayPala i Tesli, przez jednych nazywany jest wizjonerem, przez innych – karierowiczem, którego pomysły są głośne, ale większość z ich pozostaje w strefie marzeń i marketingu. Niezależnie od tego, co kto o nim myśli, w ubiegłym roku majątek Muska był szacowany na 13,1 miliarda dolarów. Teraz ten z pochodzenia południowoafrykański przedsiębiorca wspiera bajeczne pomysły innych ambitnych inżynierów.

    Jakiś czas temu Elon Musk ogłosił międzynarodowy konkurs dla studentów i naukowców, którego przedmiotem jest stworzenie najlepszego projektu Hyperloop. Podobno na pomysł dotyczący tego urządzenia Musk wpadł, stojąc w korku w Kalifornii, gdzie mieszka. Pojazd taki miałby się poruszać bez utrzymywania kontaktu z podłożem, z wykorzystaniem magnetycznej lewitacji oraz łożysk powietrznych. Teraz – bagatela – wystarczy tylko wymyślić, jak dokładnie będzie skonstruowany taki wynalazek.

    Co ciekawe, do finału konkursu SpaceX Hyperloop Pod Competition dotyczącego Hyperloop grupa tworzona przez studentów Politechniki Wrocławskiej oraz Politechniki Warszawskiej. Polscy młodzi naukowcy są jedną z 24 drużyn z różnych państw, którzy swój prototyp superszybkiego pojazdu zademonstrują w USA, na kolejnym etapie konkursu. To niemały sukces, bo początkowo w konkursie startowało ponad 500 drużyn, z których dalej zakwalifikowali się między innymi młodzi Polacy. Teraz studenci muszą zebrać środki, które pozwolą im na skonstruowanie prototypu Hyperloop, połączenia idei pociągu i samolotu.