Prawo na patent - Portal o znakach towarowych, wzorach przemysłowych.

    W branży odzieży i akcesoriów trwa ostatnio kolejny spór na tle znaków towarowych. Po jednej jego stronie stoi producent bardzo od jakiegoś czasu popularnych w Polsce torebek i portfeli, Michael Kors, a po drugiej szwajcarski koncern Swatch Group, oferujący zegarki pod marką Swatch. To właśnie te ostatnie są przedmiotem konfliktu. Konkretnie, chodzi o nowe, dopiero co zgłoszone w USA przez markę Michael Kors znaki towarowe – „MICHAEL KORS ACCESS” i „ACCESS”. Jednymi z towarów wskazanych w zgłoszeniu są właśnie zegarki i smartwatche.

    Swatch złożył przeciwko obu zgłoszeniom sprzeciwy. Zdaniem koncernu, oba oznaczenia zbytnio przypominają jego własny zarejestrowany znak towarowy „SWATCH ACCESS”, co mogłoby wprowadzić konsumentów  w błąd co do pochodzenia opatrzonych nim towarów. Co więcej, szwajcarska firma wskazuje w sprzeciwie na znaczną wartość swojego przedsiębiorstwa i szeroką znajomość jego znaków towarowych. Kwestię, czy znaki są faktycznie na tyle podobne, aby uniemożliwić rejestrację nowych znaków przeznaczonych do używania na produktach Michael Kors, rozsądzi za jakiś czas amerykański urząd patentowy.

    Sprzeciw to wygodna instytucja dla przedsiębiorców, którzy w cudzym zgłoszeniu znaku towarowego widzą naruszenie własnych praw. Oczywiście, takie pismo musi mieć na swoje poparcie odpowiednie uzasadnienie, zawierające racjonalne argumenty. Mogą one dotyczyć na przykład posiadania praw do wcześniejszego podobnego znaku towarowego. Aktualnie, instytucja sprzeciwu w takiej formie jest dostępna również w Polsce. Po ujawnieniu zgłoszenia przedsiębiorcy mają wyznaczony termin do zgłaszania sprzeciwów. Postepowanie toczy się przed Urzędem Patentowym. Procedura sprzeciwowa ma tylko jeden minus – nikt nie zawiadamia przedsiębiorców o zgłoszeniach podobnych oznaczeń. Muszą oni śledzić dokonywanie zgłoszenia sami lub za pośrednictwem kancelarii patentowych.

    poniedziałek, 13 luty 2017 09:26

    Żarty ze znaków towarowych

    Żeby wśród mnogości konkurentów skutecznie przebić się na rynku, zarówno przedsiębiorstwo, jak i towar muszą mieć wpadającą w ucho nazwę. Przedsiębiorcy często przez wiele miesięcy zachodzą w głowę, jaka nazwa najlepiej opisywałaby produkt, który chcą wypuścić na rynek. Inni, ci z bardziej zasobnym portfelem, korzystają często z usług agencji reklamowych, które zajmują się marketingiem, a przedsiębiorcy pozostaje już tylko zająć się sprzedażą.

    Kiedy wymyślimy już dobrą nazwę, warto zarejestrować ją w odpowiednim urzędzie jako znak towarowy, zanim ubiegnie nas ktoś inny. W innym przypadku trudno udowodnić swoje prawa do danego oznaczenia – często pozostanie nam niestety sytuacja, w której słowo będzie świadczyć przeciw słowu. Zmiana nazwy – czy to towaru, czy też przedsiębiorcy - na nową, tak zwany rebranding, pociąga zaś za sobą konieczność wyłożenia znacznych funduszy. Dlatego, przed premierą towaru na rynku, najlepiej jest dobrze przemyśleć, czy wymyślona przez nas nazwa będzie się podobała konsumentom na tyle, aby zainteresowali się oni produktem opatrzonym takim a nie innym znakiem towarowym.

    Jak się okazuje, nawet wielcy gracze na rynkach różnych branż zaliczają czasem wpadki w tym zakresie. W szczególności chodzi tu o transfer produktu o konkretnej nazwie na rynek innego kraju. Przykładem może być tu nazwa modelu samochodu słynnej marki Chevrolet – Nova. Sprzedawał się on słabo na rynkach hispanojęzycznych. Nic w tym dziwnego – po hiszpańsku „no va” znaczy: „nie jedzie”. Inna zabawna wpadka językowa z rynku motoryzacyjnego to nazwa  Ford Pinto. W Brazylii bowiem ten ostatni człon jest używany na określenie męskich genitaliów. Przykładem z naszego rodzimego rynku, którego chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, jest marka żarówek Osram. Nie ma chyba osoby, która na ich widok choć raz nie uśmiechnęłaby się w sklepie. Uśmiech ten zapewne zdziwiłby niemieckiego producenta, który raczej nie rozważał swojego znaku towarowego pod kątem potencjału humorystycznego.

    piątek, 10 luty 2017 09:36

    Skarga na oliwę

    17 czerwca 2002 r. skarżący, Roberto Mengozzi, dokonał w Urzędzie Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) zgłoszenia słownego unijnego znaku towarowego TOSCORO, głównie dla artykułów spożywczych. Oznaczenie to zostało zarejestrowane. 10 grudnia 2012 r. interwenient, Consorzio per la tutela dell’olio extravergine di oliva Toscano IGP, wystąpił do EUIPO z wnioskiem o unieważnienie prawa do zakwestionowanego znaku towarowego. Wniosek o unieważnienie prawa do znaku opierał się na chronionym oznaczeniu geograficznym „Toscano” zarejestrowanym w Unii Europejskiej dla oliwy z oliwek. Wniosek o unieważnienie prawa do znaku dotyczył wszystkich towarów.

    29 listopada 2013 r. Wydział Unieważnień uwzględnił wniosek dla niektórych towarów, takich jak „oleje i tłuszcze jadalne”; „roślinne oleje jadalne, w szczególności oliwa z oliwek”, „produkty do aromatyzowania i przyprawiania potraw, sosy sałatkowe”. Skarżący wniósł do EUIPO odwołanie od decyzji. Decyzją z dnia 5 czerwca 2015 r. Druga Izba Odwoławcza EUIPO uwzględniła w części odwołania skarżącego i interwenienta. Sprawa trafiła przed Sąd UE, który wydał wyrok na początku lutego 2017 r.

    Skarżący twierdził, że nawet gdyby omawiane oznaczenie geograficzne nie stało się rodzajowe, czego nie przyznaje, to Izba Odwoławcza dopuściła się błędu w ocenie przy dokonywaniu analizy podobieństwa kolidujących ze sobą znaków towarowych. Na płaszczyźnie fonetycznej wyraz „toscoro” wymawia się, przynajmniej w językach angielskim, włoskim i hiszpańskim, z akcentem na ostatniej sylabie. W wyrazie „toscano”, przynajmniej w języku angielskim, akcent pada na środkową sylabę. Kolidujące ze sobą oznaczenia różnią się zatem w tym względzie. Różnią się one też na płaszczyźnie wizualnej ze względu na odmienną ortografię. Wreszcie na płaszczyźnie konceptualnej wyraz „toscoro” stanowi wymyślone słowo, podczas gdy omawiane oznaczenie nawiązuje do koncepcji oliwy z oliwek z Toskanii. Kolidujące ze sobą oznaczenia różnią się zatem także pod tym względem. Izba Odwoławcza nie powinna była też dzielić zakwestionowanego znaku towarowego i omawianego oznaczenia.

    Sąd uznał jednak, że w niniejszej sprawie Izba Odwoławcza zastosowała rozporządzenie nr 2081/92, który stanowi, że „zarejestrowane nazwy są chronione przed każdym niezgodnym z prawem zawłaszczeniem, imitacją lub aluzją, jeśli nawet prawdziwe pochodzenie produktu jest zaznaczone lub chroniona nazwa została przetłumaczona, lub towarzyszy jej wyrażenie »w stylu«, »rodzaju«, »przy użyciu metody«, »tak jak produkowane w«, »imitacja« lub »podobne«”. Zważywszy na występujące między kolidującymi ze sobą oznaczeniami podobieństwa wizualne i fonetyczne, Izba Odwoławcza uznała, że używanie oznaczenia TOSCORO stanowi, w przypadku niektórych towarów, aluzję do oznaczenia geograficznego. Skarga nie została uwzględniona.

    czwartek, 09 luty 2017 10:21

    Unijne dowody

    Czasami przed sądem występuje nie jeden podmiot, ale kilka, które razem walczą o swoją sprawę. Tak też czynili jakiś czas temu producenci ceramiki, w których sprawie swoją opinię przedstawił rzecznik generalny TSUE. Opinia dotyczyła decyzji o nałożeniu grzywny o łącznej wysokości ponad 622 mln EUR na 17 producentów instalacji sanitarnych do łazienek, ze względu na ich uczestnictwo w jednolitym i ciągłym naruszeniu prawa konkurencji w sektorze instalacji sanitarnych do łazienek.

    Zdaniem Komisji przedsiębiorstwa te regularnie uczestniczyły w antykonkurencyjnych spotkaniach w różnych okresach między 16 października 1992 r. i 9 listopada 2004 r., na następujących terytoriach: Niemcy, Austria, Belgia, Francja, Włochy i Niderlandy. Komisja stwierdziła, że praktykami podejmowanymi w ramach kartelu przez te przedsiębiorstwa były koordynacja corocznych podwyżek cen i innych elementów cenowych oraz ujawnianie i wymiana szczególnie chronionych informacji handlowych. Produkty, których dotyczyło naruszenie, to zdaniem Komisji armatura sanitarna, kabiny prysznicowe wraz z ich wyposażeniem, a także wyroby ceramiczne, opatrywane różnymi znakami towarowymi.

    15 lipca 2004 r. Masco Corp. i jej spółki zależne, między innymi Hansgrohe AG, będąca producentem armatury sanitarnej, i Hüppe GmbH, będąca producentem kabin prysznicowych, powiadomiły Komisję o istnieniu kartelu w sektorze instalacji sanitarnych do łazienek i wniosły o zastosowanie wobec nich zwolnienia z grzywien lub ewentualnie o obniżenie kwoty tych grzywien. 2 marca 2005 r. Komisja wydała na korzyść spółki Masco Corp. warunkową decyzję o zwolnieniu z grzywny.

    W swojej opinii dotyczącej tej sprawy rzecznik generalny odnosił się do kwestii rozpatrywania materiału dowodowego w sprawach unijnych. Wskazał, że spoczywający na Sądzie obowiązek uzasadniania swoich wyroków nie może, co do zasady, obejmować obowiązku uzasadnienia rozstrzygnięcia przyjętego w sprawie w odniesieniu do rozstrzygnięcia przyjętego w innej sprawie, nawet jeśli dotyczy ona tej samej decyzji. W tym względzie Trybunał orzekł już, że jeśli adresat decyzji postanawia wnieść skargę o stwierdzenie jej nieważności, Sąd Unii rozpatruje jedynie te elementy decyzji, które dotyczą tego adresata. Natomiast elementy decyzji dotyczące innych adresatów nie są objęte przedmiotem sporu rozstrzyganego przez sąd Unii.

    Co więcej, kontrola dokonywana przez Trybunał w celu oceny zarzutu opartego na przeinaczeniu dowodu ogranicza się do zbadania, czy Sąd, opierając się na tym dowodzie przy stwierdzeniu uczestnictwa w kartelu, w oczywisty sposób nie przekroczył granic rozsądnej oceny tego dowodu. Do Trybunału należy zatem nie niezależna ocena tego, czy Komisja wykazała w sposób wymagany prawem takie uczestnictwo i w ten sposób wywiązała się z ciążącego na niej obowiązku dowiedzenia istnienia naruszenia zasad prawa konkurencji, lecz stwierdzenie, czy uznając, iż tak właśnie było, Sąd dokonał interpretacji tego dowodu oczywiście sprzecznie z jego treścią.

     

    środa, 08 luty 2017 10:18

    Sprytny patent LG

    W dobie nowoczesnych technologii i coraz większej popularności wszelkiego typu smartfonów, istotnym udogodnieniem byłoby z pewnością wprowadzenie w życie nowego pomysłu LG – telefonu, który można będzie włożyć do torebki czy kieszeni w pomniejszonej wersji. Nowy patent zgłoszony na razie przez tę południowokoreańską firmę obejmuje bowiem smartfon, który można wygiąć – a właściwie zawinąć - bez szkody dla urządzenia.

    Zgodnie z dokumentami patentowymi złożonymi niedawno w amerykańskim urzędzie patentowym, urządzenie do komunikacji proponowane przez LG składa się, podobnie jak inne tego rodzaju, z dwóch głównych elementów: dotykowego ekranu i tworzącego telefon panelu. Całość ma być połączona w taki sposób, aby wytrzymywać odkształcanie. Ekran ma być możliwy do odkształcania, a nie zupełnie sztywny, jak w modelach dotychczas dostępnych na rynku. Co ciekawe, ekran ma nie wyginać się na boki, jak w prototypach dotychczas ujawnionych wynalazków smartfonów z ekranem do zginania, ale wysuwać się do góry i zawijać na tylny panel, dzięki czemu urządzenie będzie znacznie mniejsze.

    Mimo faktu, iż tego rodzaju telefony nie są całkowicie nowością, ponieważ nad elastycznym ekranem pracuje już między innymi Samsung, wielu komentatorów przyznaje, iż jeżeli rzeczywiście opisane rozwiązanie zostanie ostatecznie wprowadzone na rynek – przez LG albo inny, szybszy pod tym względem podmiot, będzie to bardzo użyteczne rozwiązanie dla wielu potencjalnych użytkowników. Jeden z najczęstszych typów urazów smartfonów, które są cienkie i mają zazwyczaj dużą powierzchnię, to ich przypadkowe wygięcie. Było to bolączką między innymi pierwszych posiadaczy iPhone’a 6, który - noszony w kieszeniach - masowo ulegał uszkodzeniom i odkształceniom. Rozwiązanie LG mogłoby pomóc konsumentom zapomnieć o takich problemach.

    wtorek, 07 luty 2017 10:15

    Latające magazyny Amazona

    Możliwości oferowane przez Internet bardzo ułatwiają życie nie tylko przedsiębiorcom, dając im niemal nieograniczone możliwości reklamowania swoich towarów czy usług, ale i klientom. Mogą oni używać sieci choćby do robienia zakupów bez wychodzenia z domu. Do tego  celu są również przeznaczone portale aukcyjne, w tym amerykański Amazon. Ta założona w 1994 r. w Seattle amerykańska spółka zajmuje się handlem elektronicznym i prowadzi największy na świecie sklep internetowy. Na samym początku swego istnienia Amazon był tylko księgarnią internetową, choć niedługo później poszerzył zakres swojej działalności. Teraz na Amazonie można kupić, co dusza zapragnie.

    Dostarczenie zamówionego towaru jest możliwe teoretycznie na całym świecie, choć w praktyce nie jest tak różowo. Do niektórych zamówień istnieją bowiem ograniczenia docelowych krajów odbioru. Problem Amazona stanowi również przestrzeń do magazynowania oferowanych produktów. Platforma sprzedażowa musi korzystać z ogromnych magazynów, z których dwa znajdują się także w Polsce, w Bielanach Wrocławskich. Oba obiekty mają po około 95 tysięcy metrów kwadratowych. To oznacza, że Amazon musi płacić za dzierżawę lub zakup ogromnych połaci gruntów na całym świecie. Być może najnowszy pomysł Amazona odmieni tę sytuację.

    Amazon dokonał niedawno w Stanach Zjednoczonych zgłoszenia patentowego, które może ucieszyć fanów steampunku, jako ze kluczowym elementem wynalazku są… sterowce. Przedmiotem zgłoszenia patentowego są bowiem podniebne magazyny. Według swojego najnowszego pomysłu, Amazon miałby przechowywać zamówione towary w ładowniach wielkich sterowców, które miałyby się unosić na wysokości 13,7 kilometra nad ziemią. Obsługa takiego latającego (a właściwie „zaparkowanego” w powietrzu) magazynu miałaby pakować zamówione produkty na pokład latającego drona, który byłby jednocześnie dostawcą zakupionych przez użytkownika serwisu towarów. Z pewnością, gdyby pomysł Amazona wszedł w życie, jego realizacja wyglądałaby bardzo ciekawie.

    poniedziałek, 06 luty 2017 10:34

    MaxMara wygrywa w Chinach

    MaxMara odniosła niedawno zwycięstwo w walce z chińskim podmiotem, który złożył w Państwie Środka wniosek o rejestrację znaku towarowego bardzo zbliżonego do oznaczenia „MaxMara”. Włoska marka, która otworzyła w Chinach ponad 400 sklepów w samym tylko ubiegłym dziesięcioleciu, złożyła w 2016 r. w chińskim Urzędzie Znaków Towarowych sprzeciw, dotyczący zgłoszenia na rzecz Hangzhou Ku Ku Jie Trading Co. znaku towarowego „MaxIMazo 玛克斯玛佐” dla towarów, które obejmowały odzież i akcesoria.

    Włoska spółka zajmująca się produkcją i sprzedażą odzieży wysokiej jakości twierdziła, że chiński znak towarowy był zbyt podobny do jej własnego oznaczenia, do którego w Chinach przysługują MaxMara prawa w zakresie odzieży już od kilku ładnych lat. Rozpatrujący sprzeciw chiński urząd uznał, że ponieważ początek zgłoszonego przez Hangzhou znaku towarowego jest taki sam, jak wcześniej zarejestrowanych znaków MaxMara, jak również że wymowa i ogólny wygląd tych dwóch znaków są bardzo podobne, oba znaki wykazują łudzące podobieństwo, mogące wprowadzić w błąd. W rezultacie, Urząd Znaków Towarowych odmówił rejestracji znaku „MaxIMazo 玛克斯玛佐" na rzecz spółki Hangzhou.

    Decyzja ta jest również istotna w świetle powszechnej w Chinach praktyki piractwa domenowego. Działanie to polega na rejestracji, a później sprzedaży lub używaniu nazwy identycznej lub podobnej do cudzego znaku towarowego, do którego oczywiście zgłaszając nie ma żadnych praw. Ofiarami takich działań padają głownie najbardziej znane i popularne oznaczenia zachodnich firm. To samo odnosi się do praktyki wykupowania chińskich domen internetowych, które wykorzystują nazwy istniejących firm. Dlatego też przedsiębiorcy, którzy chcą rozszerzyć zakres swojego działania na chiński rynek, powinni przede wszystkim pamiętać, aby zabezpieczyć tam na samym początku swoją własność przemysłową, co ukróci nieuczciwe praktyki.

    piątek, 03 luty 2017 10:33

    Znaki aluzyjne

    Aluzja to dobry sposób, żeby dać coś komuś do zrozumienia bez zdradzania pełni naszych intencji. Temat aluzji dotyczy jednak nie tylko nieśmiałych osób, ale też znaków towarowych. Znaki aluzyjne to takie oznaczenia, które sugerują pewne cechy towarów lub usług, ich przeznaczenie lub odbiorców, ale nadal nie mogą mieć one w pełni charakteru opisowego. Stuprocentowy charakter opisowy takiego znaku powodowałby, że oznaczenie nie spełniałoby przesłanek bezwzględnych do rejestracji.

    Znakami towarowymi bywają głównie slogany reklamowe. Z orzecznictwa wynika też, że za tego rodzaju oznaczenia należy uważać te, które odnoszą się do pewnych cech towarów lub usług w sposób pośredni lub poprzez proces intelektualnego kojarzenia wymagającego u danej części nabywców szczególnego wysiłku dla przekształcenia sugestywnej lub emocjonalnej informacji w racjonalną ocenę. Niekiedy nawet połączenie w jeden wyraz kilku słów opisowych lub nieistotna modyfikacja słów opisowych może w rezultacie prowadzić do powstania oznaczenia jedynie aluzyjnego lub sugerującego. Znak wykazuje cechę bezpośredniości opisu wówczas, gdy informacja o cechach konkretnego towaru jest przekazywana wyraźnie i jednoznacznie, a więc możliwa do odczytania wprost, a nie drogą skojarzeń.

    Co ciekawe, zdaniem sądów nie można wymagać, by slogan reklamowy miał fantazyjny charakter czy nawet ukazywał wkład wysiłku twórczego, który spowodowałby efekt zaskoczenia, dzięki czemu łatwo by go było zapamiętać, w celu niepozbawiania go minimum charakteru odróżniającego. Zachwalający charakter oznaczenia nie świadczy z góry o jego opisowości.

    Znakami aluzyjnymi są również często używane w przemyśle farmaceutycznym oznaczenia biorące nazwę od schorzenia lub substancji czynnej, jak na przykład leki z rutozydem i kwasem askorbinowym: Rutinoscorbin, Rutinacea, Cerutin.

    czwartek, 02 luty 2017 10:29

    Kylie, Britney i Naomi

    Ze względu na ogromną konkurencję na rynku rozrywki, gwiazdy muzyki muszą mieć teraz nie tylko talent, ale też głowę do interesów. Sprzedaż płyt i biletów na koncerty bywa prężnie wspomagana wprowadzaniem na rynek kolekcji odzieżowych tworzonych wspólnie ze znanymi markami, w których dominują zazwyczaj koszulki z wizerunkiem i pseudonimami gwiazd, jak też książkowych biografii oraz wszelkiego typu gadżetów. Same pseudonimy i nazwiska gwiazd nierzadko są też zarejestrowane jako znaki towarowe, co chroni jej przed nadużyciami na dużą skalę przez nieuprawnione podmioty, które chcą podszyć się pod słynne gwiazdy.

    Niedawno w zaskakujący sposób zakończyła się walka o znak towarowy „Kylie”. Spór rozpoczął się, kiedy znana z amerykańskiego reality show „Z kamerą u Kardashianów” modelka-celebrytka Kylie Jenner w 2016 r. złożyła w amerykańskim urzędzie patentowym wniosek o rejestrację znaku towarowego „KYLIE” dla szeregu usług, w tym reklamy i agencji reklamowych. Do urzędu niemal natychmiast wpłynął sprzeciw, złożony przez prawników Kylie Minogue, australijskiej mega-gwiazdy muzyki pop, znanej z takich hitów jak zaśpiewana w duecie z Nickiem Cave’em ballada „Where the Wild Roses Grow” czy dyskotekowy „Can't Get You Out of My Head”. Pełnomocnik piosenkarki powołał się na wcześniejsze znaki towarowe australijskiej gwiazdy, w tym kilka odmian znaku „Kylie”, oznaczenie „Kylie Minogue Darling” czy „Lucky – The Kylie Minogue Musical”, wskazując, że nowo zgłoszony znak może wprowadzić konsumentów w błąd co do oznaczonych nim towarów czy usług.

    Argumentacja prawników Kylie Minogue była całkiem słuszna, ponieważ Australijka należy do tej ligi gwiazd pop-kultury, które kojarzone są już po samym imieniu, tak jak Naomi (modelka Naomi Campbell), Marilyn (nieżyjąca aktorka Marilyn Monroe) czy Britney (piosenkarka Britney Spears). Większość konsumentów szybciej skojarzyłaby więc pewnie znak „KYLIE” z filigranową australijską gwiazdą, niż z drugoplanową celebrytką z reality show. Co jednak ciekawe, obecnie spór wygląda na zakończony. Kylie Minogue wycofała bowiem ostatnio sprzeciw przeciwko znakowi towarowemu „Kylie”. Trudno powiedzieć, co było tego przyczyną, być może obie Kylie zawarły w sprawie znaku ugodę. 

    środa, 01 luty 2017 10:27

    Muzyczne znaki towarowe

    Nie od dziś wiadomo, że muzyka łagodzi obyczaje. Nieważne, czy to jazz, rock czy pop – nie ma na świecie chyba ani jednej osoby, która nie uprzyjemnia sobie czasu przebojami z radia, śpiewem z sali filharmonii czy nawet melodią własnego pomysłu nuconą samemu sobie. Dlatego, niezależnie od muzycznych preferencji, każdy znajdzie jakiś zespół czy wokalistę dla siebie, do słuchania w domu lub w pracy. Niektóre nazwy zespołów od razu przywołują w naszej głowie skojarzenie z graną przez nie muzyką, tak jak The Beatles czy The Rolling Stones. Inne, jak na przykład Formacja Nieżywych Schabuff, mogą budzić zdziwienie lub uśmiech na twarzy.

    Zdecydowanie bardziej poważnie kwestia nazwy zespołu muzycznego wygląda z punktu widzenia jego członków. Nie wystarczy bowiem wymyślić chwytliwego oznaczenia, aby cieszyć się nim już na zawsze. Jeżeli zespół odniesie sukces, znajdzie się bowiem mnóstwo chętnych naśladowców, którzy będą chcieli uszczknąć nieco sławy swoich popularnych konkurentów. W takiej sytuacji należy nazwę zespołu zawczasu zabezpieczyć.

    Najprostszym sposobem uzyskania monopolu na nazwę zespołu muzycznego jest rejestracja znaku towarowego. Może być on zarejestrowany na lidera zespołu albo też – jako prano wspólne – na wszystkich jego członków. W innym wypadku, jeżeli w zespole zacznie się dziać źle, może rozpocząć się spór o to, komu właściwie przysługuje prawo do używania oznaczenia zespołu. Konflikty na tym tle rozsądzały też polskie sądy. Główną linią orzeczniczą jest założenie, że nazwa zespołu przysługuje, na zasadach dób osobistych, wszystkim członkom zespołu, jeżeli tylko poczynili oni podobny wkład w działalność danej formacji. Wyjątkiem jest sytuacja, w której chodzi o zespół utworzony, nazwany i kierowany przez jednego z członków w sposób tak wyraźny i oczywisty, iż uchodzi za zespół tej osoby. W Polsce spory na tle znaków towarowych i oznaczeń zespołów muzycznych toczyły się już wokół tak znanych nazw, jak De Mono, Czerwone Gitary czy Kapela Czerniakowska.