Prawo na patent - Portal o znakach towarowych, wzorach przemysłowych.

    Co prawda umowa o pracę jest jedną z najpopularniejszych form zatrudnienia, ale w Polsce coraz bardziej popularne staje się też od pewnego czasu samozatrudnienie. Tendencja ta rośnie szczególnie w wolnych zawodach, w których freelancerzy niekoniecznie mają chęć siedzieć za biurkiem od 8 do 16. Prowadząc działalność gospodarczą, w celu obniżenia płaconych podatków można niektóre koszty uwzględniać jako koszty osiągnięcia przychodu. Popularnie nazywa się to „wrzucaniem w koszty”. Z tym procederem należy jednak uważać, ponieważ urzędy skarbowe dość często negują niektóre wydatki uwzględniane jako koszty przez przedsiębiorców.

    Tak się ma ostatnio sprawa wydatków dotyczących kosztów związanych ze znakami towarowymi. Fiskus wziął się niedawno za kontrole rozliczenia znaków towarowych w optymalizacjach podatkowych. Chodzi tu głównie o przenoszenie praw do zarejestrowanego znaku towarowego. Kilka takich transferów może znacznie podnieść wartość znaku, co powoduje jednocześnie podwyższenie kosztów podatkowych. Do tej pory fiskus przymykał oko na podobne transakcje, ale teraz najwyraźniej albo cierpliwość urzędników się skończyła, albo też przedsiębiorcy zaczęli nadużywać takich rozwiązań.

    Zarówno mali, jak i duzi przedsiębiorcy powinni pamiętać, że obowiązująca od 15 lipca 2016 r. klauzula obejścia przepisów pozwala fiskusowi zakwestionować takie koszty. Klauzula umożliwia podważenie transakcji, które przysporzyły podatnikowi podatkowych korzyści powyżej kwoty 100 tysięcy zł w okresie roku. Osiągnięcie takich kwot w przypadku znaków towarowych nie jest trudne, szczególnie w przypadku bardzo rozpoznawalnych oznaczeń. Ma to znaczenie również ze względu na szacunkowość wyceny znaków towarowych, którą trudno przeprowadzić w sztywnych ramach.

    Zespół z Polski spowodował ostatnio zbiorowe unoszenie brwi autochtonów podczas swojej trasy po Wielkiej Brytanii i Irlandii. Nie chodzi tu jednak o jakąś znaczącą specyfikę granej przez zespół muzyki, ale o jego nazwę. Chodzi tu o grupę IRA.

    IRA to polska grupa rockowa założona w 1987 r., której nazwa nie ma takich samych konotacji w kraju ojczystym, jak w Wielkiej Brytanii. Nazwa kwintetu pochodzi od łacińskiego słowa „ira” oznaczającego gniew i nie ma związku z IRA - Irlandzką Armią Republikańską.

    Właściciele sali koncertowej O2 ABC w Glasgow reklamowali niedawną sobotnią noc z zespołem nie samą nazwą polskiej grupy muzycznej, ale całym napisem „Polski zespół muzyczny IRA”, aby nikt nie powziął wątpliwości, czy to przypadkiem nie organizacja terrorystyczna wzięła się za produkowanie muzyki. Irlandzka Armia Republikańska (ang. Irish Republican Army, IRA) to  bowiem organizacja zbrojna początkowo walcząca o niepodległość Irlandii, a od 1921 r. o przyłączenie Irlandii Północnej do Irlandii. Politycznym ramieniem organizacji przez wiele lat była legalnie działająca partia Sinn Féin. Co za tym idzie, nazwa polskiej grupy może niespecjalnie dobrze kojarzyć się Brytyjczykom.

    Co ciekawe, w 2006 r. polskiemu zespołowi odmówiono występowania na London Polish Festival w związku z obawami dotyczącymi niestosowności nazwy grupy. Z całą pewnością zespół miałby – z tych samych względów – problem z zarejestrowaniem w Wielkiej Brytanii swojej nazwy jako znak towarowy. W większości krajów rejestracja może bowiem zostać odmówiona oznaczeniu, które narusza dobre obyczaje, a za takie z pewnością można uznać nazwę organizacji terrorystycznej.

    wtorek, 28 marzec 2017 14:43

    Urząd Patentowy w San Escobar

    Co prawda dopiero niedawno nastała kalendarzowa wiosna, jednak biura podróży już za chwilę zaczną oferować wakacyjne wyjazdy first-minute. Świetnym kierunkiem na wypad w egzotyczne strony wydaje się San Escobar. Są tam i piękna plaża Bahía de Esperal, i malownicze góry Sierra Corleone, a i stolica – Santo Subito – ma wiele do zaoferowania. Ten wakacyjny raj ma tylko jedną wadę – nie istnieje. San Escobar jest wynikiem szeroko komentowanej pomyłki polskiego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego w trakcie udzielonej reporterom wypowiedzi podczas szczytu ONZ w Nowym Jorku.

    Opisując spotkania z innymi politykami, Waszczykowski wskazał nieistniejące państwo San Escobar. Idea została błyskawicznie podchwycona przez media i internautów. Na Facebooku powstał natychmiast profil San Escobar, na którym prześcigano się w dodawaniu szczegółów kartograficznych państwa, określanych dowcipnymi nazwami, takimi jak Gargamele, Santo Domestos czy Al Pacino. Wymyślono też flagę i położenie państwa, pomiędzy Meksykiem, Gwatemalą i Morzem Karaibskim.

    Przez dłuższy czas wpadka polskiego ministra była obiektem żartów polskich i zagranicznych mediów, teraz jednak znaleźli się tacy, którzy chcą na niej zarobić. Już na początku sanescobariańskiego szaleństwa na rynku pojawiły się nawiązujące do niego koszulki i inne gadżety. W styczniu i lutym w polskim Urzędzie Patentowym dokonano pięciu różnych zgłoszeń znaku towarowego „San Escobar” dla przeróżnych towarów i usług, głównie związanych  odzieżą i gadżetami, ale też z artykułami spożywczymi czy nawet produktami farmaceutycznymi. Ciekawe, czy kiedy zakończy się proces rejestracji, o internetowym państwie ktokolwiek będzie jeszcze pamiętał.

    czwartek, 23 marzec 2017 14:43

    PZU nie chce pożyczać serca

    Latem 2014 r. zakład ubezpieczeniowy PZU, a właściwie Fundacja PZU, wypuścił na rynek kampanię społeczną "Kochasz? Powiedz stop wariatom drogowym", która miała promować bezpieczną jazdę samochodem. W trakcie jej trwania emitowano krótkie filmiki, a w miastach pojawiały się billboardy reklamowe. Motywem przewodnim kampanii było obwiedzione na biało niebieskie serduszko o kanciastych kształtach, w które wpisane były poszczególne hasła mające skłonić kierowców do bezpieczniejszych zachowań na drodze. Teraz PZU sprzeciwia się wykorzystaniu symbolu kampanii przez osoby protestujące podczas manifestacji.

    Pod koniec lutego 2017 r. w Krakowie odbyła się demonstracja zorganizowana przez Komitet Obrony Demokracji przed siedzibą Prokuratury, gdzie przebywała na przesłuchaniu premier Beata Szydło. Pikieta miała związek z ostatnimi wydarzeniami dotyczącymi niebezpiecznych przejazdów kolumn samochodów wiozących polityków ochranianych przez Biuro Ochrony Rządu. Skutkiem jednego z takich przejazdów była kolizja drogowa z samochodem cywilnym, co odbiło się burzą w mediach.

    Podczas demonstracji wykorzystano kartonowe niebieskie serduszka, identyczne jak te użyte w kampanii PZU. Widniejące na nich hasło zostało jednak zmienione na „Kochasz? Powiedz stop piratom drogowym”. PZU twierdzi, że takie działanie narusza prawa zakładu ubezpieczeniowego do zarejestrowanych znaków towarowych – graficznego w postaci samego serduszka oraz słownego, hasła „Stop wariatom drogowym". W tym przypadku trudno jednak stwierdzić naruszenie, bowiem żaden ze znaków nie był wykorzystywany w celach komercyjnych. Podobnie uznał niedawno sąd w sprawie wykorzystywania podczas tak zwanego Czarnego Protestu znaku towarowego „Solidarność”.

    środa, 22 marzec 2017 14:41

    Można używać, ale nie nadużywać

    Jasne jest, że oferowane przez siebie produkty trzeba jakoś zareklamować, aby konsumenci w ogóle wiedzieli, że mamy je na stanie. W tym celu musimy więc często wykorzystywać cudze znaki towarowe. Jest to jeden z przypadków, kiedy podmiot gospodarczy może legalnie korzystać z oznaczenia, do którego prawa nie należą do niego. Znak towarowy jest tu bowiem wykorzystywany w funkcji informacyjnej. To, ze takie działanie jest dozwolone nie oznacza jednak, że można go nadużywać.

    Za takie nadużycie można uznać zarejestrowanie domeny internetowej z cudzym znakiem towarowym. Z takim podejściem zgadza się też orzecznictwo. Zgodnie z jednym z najnowszych wyroków Sądu Arbitrażowego ds. Domen Internetowych przy Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji z 14 października 2016 r. (sygn. akt 21/16/PA) oraz wyrokiem Sądu Polubownego przy Krajowej Izbie Gospodarczej z 5 grudnia 2016 r. (sygn. akt 2/D/2016), rejestracja nazwy domeny zawierającej oznaczenie sprzedawanych towarów nie jest objęta wyczerpaniem prawa z rejestracji znaku, więc stanowi jego naruszenie.

    Taki sposób używania cudzego znaku towarowego jednoznacznie nasuwa skojarzenie co do związków podmiotu korzystającego w domenie swojej strony internetowej z właścicielem praw do oznaczenia. W takiej sytuacji, właściciel domeny internetowej używa  tego znaku nie w celu poinformowania klienteli o ofercie sprzedaży danych towarów, ale dla oznaczenia własnej działalności gospodarczej, w domenie sklepu internetowego. Wykorzystuje w ten sposób siłę odróżniającą nieprzynależnego mu oznaczenia w celu uwiarygodnienia własnej działalności oraz przysporzenia sobie w oczach klienteli przymiotu wysokiej jakości. Takie formy używania znaku towarowego w celu informacyjnym nie są  niezbędne dla zapewnienia ochrony interesu używającego danego oznaczenia w stosunku do oznaczenia przedmiotu jego oferty, polegającego na możliwości swobodnej sprzedaży towarów. Dla użycia znaku wyłącznie w celu wykonywania funkcji informacyjnej, wystarczające byłoby jego jednokrotne użycie, w wersji słownej, a nie umieszczenie tego oznaczenia w rzucającej się w oczy domenie sklepu internetowego.

    wtorek, 21 marzec 2017 14:39

    Podatkowe problemy przed sądem

    Co zrobić, kiedy nie ma się własnego znaku towarowego i – co więcej – wcale nie chce się go wymyślać? W takiej sytuacji można działać na rynku na zasadzie franczyzy. Polega ona na licencjonowaniu cudzego znaku towarowego i oferowaniu usług czy towarów właśnie pod nim. Na tej zasadzie działa na przykład sieć barów szybkiej obsługi McDonald’s.

    W tym zakresie został niedawno wydany ciekawy wyrok, w sprawie rozpatrywanej przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Sąd uznał, że firma płacąca za znak towarowy amerykańskiemu właścicielowi musi pobrać polski podatek, nawet jeśli pieniądze przelewa pośrednikowi z innego kraju. W myśl wyroku ten, kto wypłaca należność licencyjną powinien mieć na uwadze, kto jest rzeczywistym beneficjentem wypłaty, a nie na czyje konto jest ona uiszczana. Skoro umowa o korzystanie ze znaku towarowego wiąże polską i amerykańską spółkę, musi być w tej sytuacji stosowana umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania. Bez znaczenia jest w tym przypadku, że pieniądze trafią do Niemiec, skąd wcześniej zapłacono amerykańskiej spółce będącej właścicielem znaku towarowego.

    W stanie faktycznym sporu niemiecka firma zajmowała się poborem opłat od wszystkich członków grupy kapitałowej w Europie. Kwoty opłat były następnie przekazywane do USA.  Polska spółka przez 9 lat nie uiściła opłat z zysku, ponieważ kwestionowała ich wysokość. W tym czasie należność tę uiściła spółka niemiecka, będąca pośrednikiem w zawieraniu umowy licencji znaku towarowego. Polska spółka została więc jej dłużnikiem. Sąd stwierdził, że rzeczywistym beneficjentem wypłat jest jednak spółka z USA i w tym przypadku to przepisy o unikaniu podwójnego opodatkowania powinny być stosowane. 

    poniedziałek, 20 marzec 2017 14:36

    Prawdziwe koszty telewizji

    Verwertungsgesellschaft Rundfunk jest organizacją zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, a do podmiotów w niej zrzeszonych zaliczają się liczne organizacje nadawcze z siedzibą na terytorium Republiki Austrii lub w innych państwach członkowskich. Organizacja ta jest uprawniona do dochodzenia niektórych praw własności intelektualnej przysługujących zrzeszonym w niej podmiotom, między innymi w przypadku publicznego udostępniania drogą nadawania. Hettegger Hotel Edelweiss prowadzi hotel Edelweiss położony w miejscowości Grossarl (Austria), posiadający przyłącze do telewizji kablowej, poprzez które różne programy telewizyjne i radiowe, w tym programy produkowane i nadawane przez podmioty zrzeszone w Verwertungsgesellschaft Rundfunk, są przesyłane równocześnie, bez zmian i w całości, drogą kablową do odbiorników telewizyjnych zainstalowanych w pokojach hotelowych.

    Verwertungsgesellschaft Rundfunk wniósł sprawę do Handelsgericht Wien  i zażądał zobowiązania HHE do przekazania informacji o programach radiowych i telewizyjnych, które mogą być odbierane, jak również o liczbie pokoi hotelowych, których możliwość odbioru programów dotyczy oraz wypłacenia dszkodowania.

    HHE broniła się, że istnienie publicznego udostępniania zakłada, iż udostępnianie następuje w miejscach dostępnych publicznie za opłatą, i że wyrażenie to wskazuje na opłatę wstępu wymaganą konkretnie za to udostępnienie. W związku z tym ceny, którą klient hotelu musi zapłacić jako wynagrodzenie za nocleg, nie można uznać zdaniem tej spółki za opłatę wstępu. Sprawa trafiła przed trybunał Sprawiedliwości, który wydał wyrok 16 lutego 2017 r.

    Trybunał orzekł, iż rozprowadzanie przez podmiot prowadzący zakład hotelowy sygnału za pomocą zainstalowanych odbiorników telewizyjnych na rzecz klientów zajmujących pokoje hotelowe stanowi publiczne udostępnianie, a prywatny charakter pokoi hotelowych należących do tego podmiotu nie stoi na przeszkodzie uznaniu, że udostępnienie w nich utworu za pomocą odbiorników telewizyjnych stanowi publiczne udostępnienie w rozumieniu tego przepisu. Zdaniem Trybunału, opłaty żądanej konkretnie jako wynagrodzenie za publiczne udostępnianie programu telewizyjnego, a tym samym zapłaty za posiłek lub za napoje w restauracji lub w barze, gdzie są nadawane programy telewizyjne, nie uznaje się jednak za opłatę wstępu w rozumieniu tego postanowienia. Cena za pokój hotelowy nie jest, podobnie jak cena za usługę gastronomiczną, opłatą wstępu żądaną konkretnie jako wynagrodzenie za publiczne udostępnianie programu telewizyjnego lub radiowego, lecz stanowi przede wszystkim wynagrodzenie za usługę noclegu, do której dodane są, w zależności od kategorii hotelu, określone dodatkowe usługi, takie jak udostępnianie programów telewizyjnych i radiowych za pośrednictwem odbiorników będących na wyposażeniu pokojów, a cena za te usługi co do zasady jest zawarta w cenie za nocleg i nie jest wyodrębniona.

    W związku z tym, udostępnianie programów telewizyjnych i radiowych za pośrednictwem odbiorników telewizyjnych zainstalowanych w pokojach hotelowych nie stanowi udostępniania dokonywanego w miejscu dostępnym publicznie za opłatą.

    piątek, 17 marzec 2017 12:52

    Wyjątki w prawie autorskim dla niewidomych

    Zharmonizowane ramy prawne w zakresie praw autorskich i pokrewnych, poprawiając pewność prawną, a zarazem zapewniając wysoki poziom ochrony własności intelektualnej, sprzyjają poważnym inwestycjom w twórcze i nowatorskie działania. Bez harmonizacji na szczeblu Wspólnoty procesy legislacyjne na poziomie krajowym, już zapoczątkowane przez wiele państw członkowskich, aby sprostać wyzwaniom technologicznym, mogłyby pociągnąć za sobą powstanie istotnych różnic w dziedzinie ochrony, a w związku z tym stworzyć ograniczenia dla swobodnego przepływu usług i towarów zawierających elementy objęte własnością intelektualną lub opierających się na takich elementach, co spowodowałoby ponowny podział rynku wewnętrznego i niespójności natury legislacyjnej.

    Dlatego istniejące ramy prawa wspólnotowego odnoszące się do ochrony praw autorskich i pokrewnych powinny zostać dostosowane i uzupełnione w takim stopniu, jaki jest konieczny dla prawidłowego funkcjonowania rynku wewnętrznego. W tym celu należy dostosować przepisy krajowe w zakresie praw autorskich i pokrewnych, które są zróżnicowane w poszczególnych państwach członkowskich lub powodują niepewność prawną utrudniającą sprawne funkcjonowanie rynku wewnętrznego i prawidłowy rozwój społeczeństwa informacyjnego w Europie oraz należy unikać niezgodnych reakcji krajowych na rozwój technologiczny, natomiast nie należy usuwać lub zapobiegać powstawaniu różnic, które nie naruszają funkcjonowania rynku wewnętrznego. Tego tematu dotyczyła opinia Trybunału Sprawiedliwości UE z 14 lutego 2017 r. w sprawie Traktatu z Marrakeszu o ułatwieniu dostępu do opublikowanych utworów osobom niewidomym, niedowidzącym i cierpiącym na inne zaburzenia odczytu druku.

    Zdaniem Trybunału, należy zabezpieczyć właściwą równowagę praw i interesów między różnymi kategoriami podmiotów praw autorskich, jak również między nimi a użytkownikami przedmiotów objętych ochroną. Istniejące różnice w wyjątkach i ograniczeniach wobec niektórych zastrzeżonych czynności mają bezpośredni negatywny wpływ na funkcjonowanie rynku wewnętrznego w dziedzinie praw autorskich i pokrewnych. Dla zapewnienia prawidłowego funkcjonowania rynku wewnętrznego wyjątki te i ograniczenia należy określić w bardziej jednolity sposób. Stopień harmonizacji tych wyjątków powinien być oparty na ich wpływie na prawidłowe funkcjonowanie rynku wewnętrznego.

    Państwa członkowskie przewidują dla autorów wyłączne prawo do zezwalania lub zabraniania bezpośredniego lub pośredniego, tymczasowego lub stałego powielania utworu, przy wykorzystaniu wszelkich środków i w jakiejkolwiek formie, w całości lub częściowo. Przewidziane są jednak wyjątki w przypadku  korzystania dla dobra osób niepełnosprawnych, jeżeli korzystanie odnosi się bezpośrednio do upośledzenia i nie ma handlowego charakteru, w rozmiarze, który wynika z tego upośledzenia.

    czwartek, 16 marzec 2017 12:49

    Kosmiczny wynalazek

    Ostatnie tygodnie przyniosły astronomiczne odkrycie, którego przez długi czas nic nie przebije. Pod koniec lutego 2017 r. okazało się, że naukowcy z NASA (National Aeronautics and Space Administration - Narodowa Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej) i Europejskiego Obserwatorium Południowego (ESO) odkryli, że w układzie odległym od nas o 40 lat świetlnych krąży siedem skalistych planet o rozmiarach podobnych do Ziemi. Mogą tam panować ziemskie temperatury i istnieć woda w stanie ciekłym.

    Może jeszcze nie tak daleko od Ziemi, ale trochę bliżej da się wykorzystać ostatni wynalazek polskich naukowców. Inżynierowie z Polski wymyślili olbrzymi chwytak, który ma wyłapać nawet największe kosmiczne śmieci, krążące wokół naszej planety. Jednym z ogromnych „śmieci” jest nieczynny satelita Envisat o wadze ośmiu ton. Jego pochwycenie jest o tyle trudne, że urządzenie ciągle obraca się wokół własnej osi. Operacja kosmicznego sprzątania jest planowana przez Europejską Agencję Kosmiczną.

    Polskie ramię robotyczne, które mas posłużyć do złowienia satelity, to wynalazek firmy SENER Polska. Musi ono być wytrzymałe i zdolne do szybkiego zaciśnięcia chwytu pod trudnym do przewidzenia kątem, jak wskazują jego wynalazcy. Podzespoły wynalazku są też opracowywane przez Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk. 

    środa, 15 marzec 2017 12:35

    Znak towarowy w szkocką kratę

    Szkocka whisky to jeden z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych alkoholi na świecie. Jest ona produkowana w procesie destylacji zacieru zbożowego i poddawana dojrzewaniu w drewnianych, głównie dębowych, beczkach. Produkcją tego alkoholu zajmują się zarówno najwięksi gracze alkoholowego rynku, jak i mniejsi producenci. Niedawno jeden z tych ostatnich wygrał batalię o znak towarowy, którą można uznać za swoistą walkę Dawida z Goliatem.

    Po drugiej stronie sporu znajdował się producent popularnego szkockiego piwa McEwan’s Lager. Problemem była część tego właśnie wyrażenia, ponieważ whisky będąca przedmiotem postępowania została nazwana od nazwiska jej producenta, Jim McEwana. Browar sprzeciwił się rejestracji przez pana McEwana znaku towarowego „McEwan” dla whisky. Rozpatrujący sprawę urząd wskazał jednak, że konsumenci nie zostaną tym wprowadzenia w błąd i nie pomylą piwa z mocniejszym alkoholem.

    Co ciekawe, problem z oznaczeniami mają też sami producenci whisky. Producenci, którzy wytwarzają whisky według tradycyjnej receptury, zrzeszeni są w organizacji Scotch Whisky Association. Jej członkowie mają jednak problem z nieuczciwymi przedsiębiorcami niezrzeszonymi w stowarzyszeniu, którzy produkują i wprowadzają do obrotu podrobioną whisky, uzyskiwaną taniej w innych warunkach i krótszym czasie, a więc o dużo niższej jakości, co do której nazwa „whisky” nie powinna być stosowana.