Subskrybuj i oglądaj nas na:youtube

Publikujemy na:facebook

    Prawo na patent - Portal o znakach towarowych, wzorach przemysłowych.

    Trwają prace nad redakcją nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Nowelizacja ta budzi jednak wiele wątpliwości, szczególnie wśród przedsiębiorców. Najwięcej kontrowersji powstaje wokół projektowanego art. 73a. Przepis ten ma umożliwiać, w toku postępowania przed Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK), podanie do publicznej wiadomości informacji o działalności przedsiębiorcy i jej prawdopodobnych skutkach. Warunkiem koniecznym do ujawnienia takiej informacji w toku postępowania jest uprawdopodobnione, że działanie przedsiębiorcy narusza prawo i może spowodować straty dla konsumentów.

    Jest wiele argumentów przemawiających przeciwko tej zmianie, ponieważ, chociaż przepis ten ma na celu ochronę konsumentów, nie bierze pod uwagę wystarczającej ochrony interesów przedsiębiorców. Po pierwsze, istnieje obawa, iż narusza ona konstytucyjne prawo do sądu. Niweluje bowiem możliwość bezpośredniego zbadania zasadności decyzji prezesa UOKiK przez niezależny sąd. Przepisy nowelizacji nie przewidują żadnego specjalnego trybu rozstrzygania o zasadności żądania ujawnienia informacji o danym przedsiębiorcy. W związku z tym, nie będzie prawdopodobnie istnieć postanowienie lub decyzja, która mogłaby być zaskarżona, jeżeli przedsiębiorca uznałby, że ujawnienie informacji o nim było bezprzedmiotowe.

    Po drugie, nasuwa się pytanie, czy przedsiębiorca, który uzna, że podana przez Prezesa UOKiK informacja jest nieprawdziwa lub nieuzasadniona, będzie miał możliwość zanegowania takich działań w momencie, gdy odwoła się do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (SOKiK) od ostatecznej decyzji o uznaniu praktyki za naruszającą zbiorowe interesy konsumentów.

    Co więcej, w przypadku, kiedy pomimo podania do publicznej wiadomości negatywnych informacji o przedsiębiorcy postępowanie zostanie umorzone, nawet po odwołaniu od decyzji prezesa UOKiK długi czas oczekiwania na orzeczenie SOKiK prawdopodobnie wpłynie niekorzystanie na renomę przedsiębiorcy. Istnieje więc obawa, że przepisy nowelizacji użyte w nieuczciwy sposób mogą być pomocne przedsiębiorcom, którzy nie będą mieli moralnych oporów w stosowaniu ich w celu pozbycia się konkurencji. Negatywne informacje ujawnione publicznie mogą bowiem źle rzutować na pozycję przedsiębiorcy na rynku, przez co mogą się od niego odsunąć nie tylko dotychczasowi klienci, ale tez kontrahenci. Ustawodawca powinien przeciwdziałać takim sytuacjom, gdyż ustawa, jak sama nazwa wskazuje, ma chronić nie tylko konsumentów i ich interesy, ale też uczciwą konkurencję, a więc dotyczy działalności przedsiębiorców na rynku, niezgodne z nią byłoby więc przedłożenie interesów jednych ponad drugich.

    Projekt zmian zakłada również możliwość podania przez Prezesa UOKiK do publicznej wiadomości ostrzeżenia o stosowaniu przez konkretnego przedsiębiorcę niezgodnej z prawem praktyki, skierowanej do szerokiego kręgu konsumentów, która to praktyka może ich narażać na poważne straty finansowe. Za takie działanie można uznać przykładowo emitowanie reklamy wprowadzającej w błąd. Powstaje jednak pytanie, co stanie się w sytuacji, kiedy sąd uzna, że przedsiębiorca nie emitował jednak reklamy wprowadzającej w błąd. Nie wiadomo, czy będzie mu przysługiwać na przykład roszczenie odszkodowawcze. Definicji wymaga również pojęcie poważnych strat finansowych. Trudno bowiem byłoby sporządzić zamknięty katalog takich działań. Zdecydowanie lepszym pomysłem byłoby stworzenie ich definicji przy pomocy klauzuli generalnej, tak, jak zdefiniowane są czyny nieuczciwej konkurencji w ustawie o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. W ten sposób można by było uniknąć zbytniej kazuistyki.

    Wydaje się więc, że nowelizacja ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów nie jest zbyt dopracowana i w takiej formie, jak obecnie, może wprowadzić dla przedsiębiorców więcej szkody, niż pożytku oraz stanowić dla nieuczciwych przedsiębiorców narzędzie do oczerniania konkurencji. Miejmy nadzieje, że postanowienia nowelizacji ustawy zostaną jednak kolejny raz przemyślane i przeredagowane tak, aby nie budziły aż tak wielu wątpliwości.

    poniedziałek, 25 marzec 2013 12:00

    Domena internetowa ma już 28 lat

    Co roku 15 marca przypada Światowy Dzień Domeny Internetowej. Data ta nie jest przypadkowa. To właśnie w tym dniu w 1985 r. zarejestrowano pierwszą domenę z rozszerzeniem ".com" - "symbolic.com.", która istnieje do dziś. Popularność domen ciągle rośnie. Świadczy o tym liczba 70 rejestracji dokonywanych na minutę. W porównaniu z rejestracją pierwszych 100 w ciągu 2 lat, jest to duży postęp. Obecnie mamy do dyspozycji 329 różnych rozszerzeń (tzw. domen najwyższego stopnia), przy czym wciąż najbardziej popularne pozostaje rozszerzenie „.com”. Inną ciekawostką jest nazwa najdroższej domeny na świecie- "sex.com", a także fakt, iż adres "iPad.com" nie należy do Apple.

    W uproszczeniu można powiedzieć że domena internetowa jest to unikalna nazwa, pod którą kryje się adres www oraz adres poczty elektronicznej jej właściciela. Niezaprzeczalnie stanowi jego wizytówkę w internecie. Umożliwia prezentowanie produktów, a także ułatwia komunikację.

    Obecnie coraz częściej w domenach internetowych dochodzi jednak do naruszenia prawa do znaku towarowego. Naruszenie to może przybierać różne formy. Najbardziej popularny jest cybersquatting, który polega na rejestracji domen internetowych zawierających popularne znaki towarowe przez osoby nieuprawnione do posługiwania się tymi znakami. Działanie takie narusza reguły uczciwej konkurencji, ponieważ uniemożliwia zarejestrowanie interesującego adresu internetowego przez podmiot uprawniony do znaku towarowego. Cybersquatterzy żądają zazwyczaj od właścicieli znaków towarowych zawartych w domenie bardzo wygórowanych cen za sprzedaż domeny.

    Typosquatting polega na rejestrowaniu przez osoby nieuprawnione znaku zawierającego zmodyfikowane słowa kluczowe, w tym znaki towarowe (przykładowo: "googel", "reebko"). Działanie takie również narusza reguły uczciwej konkurencji. Błąd w znaku umieszczonym w adresie strony internetowej ma na celu przypadkowe ściągnięcie internautów na stronę właściciela domeny, który zazwyczaj oferuje konkurencyjne produkty.

    Innym typem naruszenia jest cyberwildcatting, działanie polegające na „hurtowej” rejestracji różnych domen, w celu ich późniejszej odsprzedaży. Ostatnia popularna forma naruszenia - cybersmearing polega na ośmieszenie znaku towarowego w domenie, poprzez rejestrację domeny zawierającej znak towarowy w połączeniu z innym znakiem lub znakami graficznymi, co razem daje efekt ośmieszający, np. "adidassucks.com".

    Zgodnie z prawem, przedstawione wyżej działania, jako naruszające prawo własności przemysłowej lub zasady uczciwej konkurencji, są sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami. W celu dochodzenia roszczeń należy wykazać bezprawność działania właściciela domeny oraz podobieństwo znaków i towarów lub usług nimi oznaczanych. Jeżeli taka ochrona okaże się niewystarczająca, można posłużyć się przepisami kodeksu cywilnego o odpowiedzialności za wyrządzoną szkodę i bezpodstawnym wzbogaceniu, a także, w stosunku do działań ośmieszających, przepisami o dobrach osobistych. Jak widać, spektrum ochrony jest szerokie i gwarantuje należytą ochronę zarejestrowanym znakom towarowym.

    Jak wiadomo, znaki towarowe służą odróżnianiu przez klientów towarów i usług różnych producentów. Znaki takie są również przedmiotem różnego rodzaju umów, w tym umów sprzedaży. Problem z takimi umowami powstaje jednak, kiedy jeden z przedsiębiorców będących stroną niedoprecyzowanej umowy ogłasza upadłość. Sytuacja taka stanowi przedmiot jednego z orzeczeń Sądu Apelacyjnego w Warszawie

    Sąd Okręgowy w Warszawie wyrokiem z dnia 30 października 2001 r. ustalił, iż w październiku 1997 spółka Vinax Slavyantsi (z siedzibą w Bułgarii) jako wierzyciel złożyła wniosek o ogłoszenie upadłości spółki V. Poland. W listopadzie 1997 – spółka V. Poland zawarła ze spółką V.EAD umowy, mocą których przeniosła na tę spółkę wszelkie prawa wynikające z zarejestrowania w Polsce siedmiu znaków towarowych, jak również prawa wynikające ze zgłoszenia do rejestracji w Polsce m. in. znaku towarowego "PLISKA" wykorzystywanego na oznaczenie popularnego bułgarskiego alkoholu. Postanowieniem z marca 1998 r. ogłoszono upadłość spółki V. Poland.

    W październiku 1998 r. Syndyk Masy Upadłości spółki V. Poland wytoczył przeciwko spółce V. EAD powództwo o ustalenie, że wskazane wyżej umowy są bezskuteczne w stosunku do masy upadłościowej. W dniu wyrokowania przez Sąd Okręgowy w sprawie niniejszej postępowanie nie było jeszcze zakończone.

    W styczniu 1999 r. Syndyk i spółka Dimyat Polska, zawarli umowę, na mocy której syndyk sprzedał przedsiębiorstwo V. Poland rzeczonej spółce, wraz z prawami do objętych sporem znaków towarowych. W grudniu 1997 r. spółka V.EAD złożyła w Urzędzie Patentowym wnioski o zmianę uprawnionego z rejestracji poszczególnych znaków towarowych, jednak postępowanie w tych sprawach zostało przez Urząd zawieszone do czasu rozstrzygnięcia sprawy wytoczonej przez syndyka przeciwko V.EAD. Powództwo dotyczyło ustalenia, że umowy zawarte w listopadzie 1997 r., między spółką V. Poland a. V.EAD są bezskuteczne w stosunku do masy upadłościowej.

    W maju 1999 r. spółka Dimyat Polska skierowała przeciwko spółce V.EAD powództwo, w którym domagała się, ustalenia, że zawarte w listopadzie 1997 r. pomiędzy V. Poland spółką z o.o. z siedzibą w Warszawie a spółką V. EAD z siedzibą w Sofii umowy przeniesienia praw do zarejestrowanych, szczegółowo wymienionych w pozwie, jedenastu znaków towarowych oraz przeniesienia praw do zgłoszonych do rejestracji szczegółowo wymienionych trzech znaków towarowych - są bezskuteczne w stosunku do masy upadłości Spółki V.Poland Sp. z o.o. oraz ustalenia, że właścicielem wymienionych znaków towarowych na podstawie umowy ze stycznia 1999 r. jest Spółka Dimyat Polska Sp. z o.o.

    Sąd Okręgowy, po ustaleniu stanu faktycznego, stwierdził, iż prawo wytoczenia powództwa o uznanie czynności prawnej za bezskuteczną w stosunku do masy upadłości przysługuje wyłącznie syndykowi. Powód nie jest następcą prawnym syndyka, takiego następstwa nie wywołuje bowiem sprzedaż przedsiębiorstwa w postępowaniu upadłościowym. Powodowi – spółce Dimyat Polska, nie służy żadne roszczenie ani w stosunku do upadłego, ani w stosunku do masy upadłości, nie ma on zatem interesu prawnego w wytoczeniu powództwa. Sąd podkreślił ponadto, iż powód także nie wykazał, że ma interes prawny w ustaleniu, że jest właścicielem wymienionych w pozwie znaków towarowych. Z faktu, że nie tylko pozwany, ale i powód złożyli w Urzędzie Patentowym wnioski o przeniesienie praw z rejestracji tych samych znaków, zdaniem sądu nie wynikało prawo powoda do wytoczenia powództwa o treści żądanej w pozwie. Powództwo w tej materii zostało oddalone.

    Wyrok ten, został w drodze apelacji zaskarżony przez powoda – spółkę Dimyat Polska. Sąd Apelacyjny w wyroku z października 2002 r., stwierdził, iż ,,czynności prawne upadłego (będącego spółką) dokonane ze wspólnikiem pod tytułem obciążliwym w ciągu sześciu miesięcy przed złożeniem wniosku o ogłoszenie upadłości - są w stosunku do masy upadłości bezskuteczne''. Umowy, o które chodziło, zostały zawarte po złożeniu wniosku o ogłoszenie upadłości (i przed jej ogłoszeniem).

    Na taką, istniejącą z mocy prawa, bezskuteczność w stosunku do masy upadłości Spółki V. Poland umów zawartych w dniu 28 listopada 1997 r. powołała się powódka – spółka Dimyata Polska. Sąd Apelacyjny podkreślił również, iż spółka V. EAD nie domagała się wyłączenia nabytych praw z masy upadłości. Należało zatem ocenić, że umowy z listopada 1997 r. były bezskuteczne wobec masy upadłości, a istniejąca z mocy prawa bezskuteczność oznaczała, że mogła się toczyć egzekucja z przedmiotu objętego taką czynnością. Syndyk zaś umową ze stycznia 1999 r. sprzedał powodowi przedsiębiorstwo upadłej spółki V.Poland, wraz z prawami do znaków towarowych. Analiza przepisów postępowania cywilnego pozwala przyjąć, iż rzeczy i prawa wchodzące w skład sprzedanej masy stały się własnością nabywcy.

    Stwierdzając istnienie omawianej bezskuteczności Sąd Apelacyjny, przy zachowaniu toku rozumowania przedstawionego wyżej, doszedł do przekonania, że stronie powodowej przysługują na podstawie umowy zawartej z syndykiem w dniu 15 stycznia 1999 r. prawa do znaków, o które chodzi, w takim zakresie w jakim przysługiwały one upadłemu.

    Podsumowując Sąd Apelacyjny zmienił zaskarżony wyrok, postanawiając iż, powodowi – spółce Dimyat z mocy umowy zawartej z syndykiem w dniu 15 stycznia 1999 r. przysługują prawa z rejestracji oznaczonych znaków towarowych i prawa ze zgłoszenia znaków towarowych.

    czwartek, 21 marzec 2013 12:00

    W sieci kłótni o znak towarowy

    Nie od dziś wiadomo, że rynek rządzi się dziwnymi prawami. Ale sytuacja, kiedy spółka rozważa sprzedaż znaków towarowych swojemu przeciwnikowi sądowemu, wobec którego wszczęła postępowanie, jest zaiste kuriozalna.

    Spółka Gremi Media (dawna Presspublica) właściciel portalu internetowego „W sieci opinii”, będącego częścią portalu „Rzeczpospolita”, w 2012 r. złożyła wniosek o zabezpieczenie powództwa przeciwko spółce Fratria, wydawcy tygodnika „W sieci” należącego do braci Karnowskich. Tygodnik „W Sieci” został stworzony przez dziennikarzy serwisu wPolityce.pl i część byłego zespołu „Uważam Rze”.

    Sąd Okręgowy w Warszawie w postanowieniu w styczniu 2013 r. przychylił się do wniosku i zakazał spółce Fratria na czas trwania procesu korzystania z oznaczenia „W sieci”. Zdaniem Gremia Media, spółka należąca do braci Karnowskich dopuściła się czynu nieuczciwej konkurencji, poprzez nazwanie swojego tygodnika w sposób łudząco podobny do „W sieci opinii”. 20 marca 2013 r. sąd ostatecznie zakazał Fratrii wydawania „W sieci”.

    Bracia Karnowscy nie zgadzają się z orzeczeniem Sądu. Uważają, że dopełnili wszystkich wymogów rejestracji, a domena którą wykupili – wsieci.pl - była zarejestrowana na rynku od 1999 r., to jest na długo przed wejściem na rynek „W sieci opinii”. Wątpliwości budzi treść postanowienia, w którym sąd merytorycznie rozstrzyga o naruszeniu zasad uczciwej konkurencji, co na tym etapie postępowania jest niedopuszczalne. Spółka Fratria postanowiła też działać nadal, tym razem wykorzystując nazwę „Sieci”.

    Co zabawne, Gremi Media złożyła właścicielowi „W sieci” propozycję przejęcia znaków towarowych „W sieci opinii” i „W sieci”. Spółka zaproponowała sprzedaż całości lub części znaków lub udzielenia licencji na nie. Nie wiadomo jeszcze, czy Fratria skusi się na tę propozycję.

    20 marca 2013 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał interesujący wyrok w zakresie znaków towarowych w sprawie T-571/11.

    24 maja 2004 r. Groupe Chez Gerard Restaurants Ltd dokonała w OHIM zgłoszenia wspólnotowego słownego znaku towarowego "CLUB GOURMET". Towary, wobec których wniesiono o rejestrację znaku należą do klas 16, 21, 29, 30, 32 i 33 klasyfikacji nicejskiej i stanowią głównie artykuły żywnościowe. 22 lipca 2005 r. skarżąca, hiszpańska sieć domów towarowych El Corte Inglés SA, wniosła o sprzeciw wobec rejestracji zgłoszonego znaku towarowego, wskazując podobieństwo między tym znakiem a wcześniej zarejestrowanym przez siebie znakiem graficznym "CLUB DEL GOURMET, EN.... El Corte Inglés", należącym do klasy 35 klasyfikacji nicejskiej.

    Decyzją z dnia 28 lipca 2011 r. Pierwsza Izba Odwoławcza OHIM oddaliła skargę, gdyż uznała, że opis usług objętych wcześniejszym znakiem towarowym zarejestrowanym przez skarżącą jako „zadanie reklamowe” nie pozwala na porównanie z towarami oznaczonymi zgłoszonym znakiem towarowym i nie odpowiada żadnemu z towarów lub żadnej z usług wymienionych w przedmiotowej części klasyfikacji nicejskiej. Ponadto, kolidujące ze sobą znaki towarowe są całościowo różne pod względem wizualnym, pozbawione podobieństwa pod względem fonetycznym i wykazują niewielkie pokrewieństwo pod względem koncepcyjnym.

    Skarżąca w skardze do Trybunału podniosła, że zgodnie z praktyką stosowaną do 1997 r. przez hiszpański urząd patentów i znaków towarowych (OEPM) znak-slogan jest chroniony nie tylko w odniesieniu do usług należących do klasy 35, ale także w odniesieniu do towarów i usług należących do klas 29–33 i 42 .

    Trybunał wyjaśnił, że skarga ma na celu jedynie kontrolę zgodności z prawem decyzji Pierwszej Izby Odwoławczej OHIM. Nie można powoływać się na nowe okoliczności, które nie nie zostały przedstawione przez strony przed OHIM. Ponadto dodał, że OHIM byłby zobowiązany zbadać z urzędu przepisy krajowe, gdyby skarżąca podnosiła w toku postępowania, że ochrona przyznana jej na wcześniejszy znak towarowy rozciąga się także na towary z klas 29–33 i 42. Skarżąca nigdy jednak nie przytoczyła takiego argumentu. Biorąc pod uwagę powyższe okoliczności Trybunał uznał, że ochrona wcześniejszego znaku towarowego rozciąga się tylko na towary należące do klasy 35, a więc nie można mówić w przedmiotowej sprawie o podobieństwie towarów, a przez to i samych znaków. Między towarami oznaczonymi wcześniej zarejestrowanym znakiem towarowym a towarami objętymi zgłoszonym znakiem towarowym nie ma więc żadnego związku.

    Skarga El Corte Inglés została oddalona w całości.

    Na pewno większość osób słyszała o bajkowej postaci Koziołka Matołka. Jest to jedna z pierwszych w Polce postaci obrazkowych historyjek dla dzieci, która zapisała się w pamięci nie tylko starszych pokoleń, dzieci i dorosłych, ale po dziś dzień gości w niejednym domu jako codzienna bajka na dobranoc dla najmłodszych i nie tylko.

    Postać przesympatycznego koziołka, pojawiała się w książkach, wszakże stworzona została przez wybitnego autora Kornela Makuszyńskiego, jak również w bardziej popularnym serialu animowanym dla dzieci pt. "Dziwne przygody Koziołka Matołka" oraz w wersji muzycznej – czterech płyt gramofonowych z muzyka Marka Sewena. Koziołek Matołek towarzyszy nam już od 1933 r., ciągłe wzbudzając pozytywne emocje wśród widzów w każdym wieku.

    Jak pokazują niedawane wydarzenia, niektórzy widzowie z tak wielką niecierpliwością czekali na emisję bajki, że postanowili na własną rękę poszukać fragmentów serialu. Jeden z internautów, pragnąc ułatwić im zadanie, wrzucił do internetu fragmenty dwóch pierwszych odcinków bajki o Koziołku Matołku. Sprawa nie wzbudziłaby wielkiego zainteresowania, gdyby nie akt oskarżenia, który został mu doręczony z prokuratury. Okazało się, że Studio Filmów Rysunkowych z Bielska-Białej, oskarża internautę o naruszenie praw autorskich i kradzież cudzej własności. Mężczyzna będzie odpowiadał za rozpowszechnianie cudzego utworu bez pozwolenia, za co grozi mu do dwóch lat pozbawienia wolności i grzywna.

    W tej sytuacji nasuwa się pytanie, czy reakcja teoretycznie poszkodowanego była adekwatna do okoliczności i rzeczywiście doznanej szkody. Kwestię można analizować z dwóch punktów widzenia. Radykalne stanowisko będzie głosić: było naruszenie – musi być kara. Najwłaściwszym stanowiskiem, jak zazwyczaj bywa, wydaje się umiarkowane spojrzenie. W sytuacji, kiedy nie każdy zdaje sobie sprawę z faktu naruszania prawa, lepszym rozwiązaniem byłoby uprzednie wezwanie naruszyciela do zaprzestania naruszeń, które w razie odmowy mogłoby być zastąpione postępowaniem sądowym.

    poniedziałek, 18 marzec 2013 12:00

    Patent na iBazar

    Chociaż spółka Apple znana jest raczej z prób monopolizowania wszelkich atrakcyjnych rozwiązań i wydzielania ich swoim użytkownikom po kawałku, tym razem wymyśliła patent na ulepszenie swoim klientom życia.

    Zazwyczaj nie mamy problemu ze sprzedażą używanej przez nas wcześniej gry na PC lub konsolę. Inna sytuacja jest jednak w zakresie aplikacji nabywanych drogą cyfrową, których zazwyczaj nie da się odsprzedać bez naruszenia oryginalnych zabezpieczeń. Komputerowy gigant z Cupertino najwyraźniej postanowił jednak to zmienić.

    Koncern chce umożliwić swoim klientom dalszą odsprzedaż używanej aplikacji za pośrednictwem oprogramowania iTunes. Taki system jest przedmiotem nowego patentu zgłoszonego na rzecz spółki. Patent ten opisuje metodę, dzięki której można by było kupować i sprzedawać poprzez iTunes książki, filmy, muzykę oraz oprogramowanie. Pomysł odpowiada nieco wcześniejszej idei portalu Amazon, który przygotowuje coś w rodzaju elektronicznego bazaru używanych e-booków. Obie idee na pewno spodobają się miłośnikom coraz to nowej muzyki, filmów i książek.

    piątek, 15 marzec 2013 12:00

    Patent Google na magiczne okulary

    Spółka Google od jakiegoś czasu prowadzi badania nad nowym urządzeniem – Google Glass. To tak zwane okulary przyszłości, które mają zrewolucjonizować codzienność.

    Google Glass to urządzenie przypominające zwykłe okulary, ale wyposażone w ekran, kamerę, moduł rozpoznawania mowy oraz system operacyjny Android. Gadżet umożliwi użytkownikom, za pośrednictwem poleceń głosowych, korzystanie między innymi z połączeń głosowych, wysyłania wiadomości tekstowych czy przeglądania internetu. Posiadając dostęp do kont e-mailowych oraz informacji osobistych o użytkowniku ,,okulary przyszłości'' zaplanują podróż służbową, przypomną o ważnym spotkaniu czy zlokalizują ulubioną kawiarnię.

    Najnowszym pomysłem Google jest umieszczenie w urządzeniu słuchawek w technologii przewodnictwa kostnego. Kości czaszki przewodzą niższe częstotliwości dużo lepiej niż powietrze. Z powodu tego zjawiska człowiek słyszy swój głos w inny sposób, niż otaczające go osoby. Zastosowanie tej nowości pozwoli uzyskać lepszej jakości dźwięk. Sama technologia nie jest nowa, jednak wyposażenie okularów w słuchawki wykorzystujące to zjawisko jest już innowacją – z tego powodu Google postanowiło opatentować swój pomysł.

    Nie jest kwestią przesądzoną, czy produkty trafi ostatecznie do użytkowników w takiej formie. Google, będąc w fazie ciągłych zmian i testów, nieustannie sprawdza wszelkie możliwe opcje.

    Nie znamy jeszcze dokładnej daty premiery nowego urządzenia Google Glass. Aktualnie największym problemem urządzenia jest jego wygląd, niezachęcający do założenia okularów. Google, które z założenia chce aby Google Glass było nie tylko nowatorskim urządzeniem, ale również modnym gadżetem, nadal szuka rozwiązania tej kwestii.

    czwartek, 14 marzec 2013 12:00

    Transmisje internetowe a prawo autorskie

    W marcu 2013 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał orzeczenie w sprawie C‑607/11, w kwestii harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym.

    Skarżące stacje to komercyjni nadawcy telewizyjni, posiadający przysługujące im na podstawie prawa krajowego prawo własności intelektualnej do swoich przekazów telewizyjnych oraz do filmów i innych elementów zawartych w ich przekazach. Są one finansowane z reklam pokazywanych w nadawanych przez nie przekazach. TVC oferuje usługę nadawania „na żywo” za pomocą Internetu, umożliwiającą użytkownikom bezpośredni odbiór przez Internet niekodowanych przekazów telewizyjnych, w tym przekazów telewizyjnych emitowanych przez skarżące telewizje.

    Stacje te wytoczyły wytoczyły przed High Court of Justice (England & Wales) powództwo przeciwko TVC o naruszenie ich praw autorskich do ich przekazów i ich filmów skarżących z powodu, w szczególności, publicznego udostępnienia zakazanego na mocy brytyjskiej ustawy o prawie autorskim. Brytyjski sąd miał problem z ustaleniem, czy podmiot taki jak TVC dokonuje publicznego udostępnienia w rozumieniu dyrektywy 2001/29, jeśli – z pełną świadomością skutków tych działań i z zamiarem pozyskania publiczności dla swoich własnych transmisji – nadaje w Internecie przekazy skierowane do członków publiczności, którzy byliby uprawnieni do odbioru oryginalnego sygnału nadawczego przy wykorzystaniu własnych odbiorników telewizyjnych lub własnych przenośnych komputerów u siebie w domu.

    W uzasadnieniu wyroku Trybunał podkreślił, iż celem dyrektywy 2001/29 jest zapewnienie autorom wysokiego poziomu ochrony, umożliwiającego im otrzymanie stosownego wynagrodzenia za korzystanie z ich utworów polegające w szczególności na ich publicznym udostępnianiu. Stwierdził też, że podanie utworów do wiadomości poprzez retransmisję w Internecie naziemnego przekazu telewizyjnego jest dokonywane stosownie do szczególnego technicznego sposobu przekazu, który różni się od sposobu przekazu pierwotnego udostępnienia, musi być ono zostać uznane za „udostępnienie” w rozumieniu art. 3 ust. 1 dyrektywy 2001/29. W konsekwencji taka retransmisja nie może być zwolniona z konieczności uzyskania zezwolenia autorów retransmitowanych utworów, ponieważ są one publicznie udostępniane. Tego wniosku nie podważało według trybunału zastrzeżenie podniesione przez TVC, zdaniem której podanie dzieła do wiadomości w Internecie takie jak dokonane w sprawie, której dotyczy postępowanie główne, stanowi zwykły środek techniczny mający na celu zapewnienie lub poprawę jakości odbioru naziemnego przekazu telewizyjnego w obszarze jego zasięgu. Z dotychczasowego orzecznictwa Trybunału wynika, że pojęcie publiczności, do którego odwołuje się wspomniany przepis, oznacza, iż chodzi o nieokreśloną liczbę potencjalnych odbiorców, i zakłada dodatkowo dość znaczną liczbę osób. Sporna retransmisja utworów przez Internet jest więc skierowana do wszystkich osób przebywających w Zjednoczonym Królestwie, które mają połączenie z Internetem i twierdzą, że posiadają abonament telewizyjny w tym państwie. Osoby te mogą równocześnie mieć dostęp do objętych ochroną utworów, w ramach tzw. „live streaming” przekazów telewizyjnych w Internecie.

    Dyrektywa oraz prawo brytyjskie umożliwiają taki sposób transmisji, jeżeli jego celem jest poprawa jakości sygnału. W przedmiotowej sprawie jednak udział TVC polegał na transmisji utworów objętych ochroną, różniącej się od transmisji dokonywanej przez zainteresowaną organizację nadawczą. Udział TVC nie miał więc na celu utrzymania lub poprawienia jakości odbioru transmisji dokonywanej przez stację. W tych okolicznościach wspomniany udział nie mógł zostać uznany za zwykły środek techniczny, w związku z czym Trybunał uznał przesłanki do stwierdzenia naruszenia praw autorskich.

    W marcu 2013 r. policja zatrzymała 54-letniego Mariusza Sz. z Lublina pod zarzutem posiadania pirackiego oprogramowania komputerowego. Niebagatelna była wartość tego oprogramowania, oszacowana przez biegłych na 13 milionów złotych.

    Pirat został zatrzymany w związku z zupełnie innym postępowaniem dotyczącym rozpowszechniania treści pedofilskich. Policja dowiedziała się bowiem, że Mariusz Sz. może takowe posiadać. Doniesienie to okazało się co prawda fałszywe, ale za to odnaleziono pokaźne ilości nielegalnego oprogramowania, przy czym niektóre programy warte były nawet 900 tysięcy złotych.

    W prawie polskim nie tylko rozpowszechnianie, ale i samo posiadanie nielegalnego oprogramowania podlega sankcjom, w przeciwieństwie do plików zawierających przykładowo piracką muzykę, filmy, czy książki, gdzie odpowiedzialność ponosi się dopiero za ich rozpowszechnianie.

    Początkowo oskarżony przyznał się do posiadania nielegalnych programów i zaproponował nawet dla siebie karę w wysokości dwóch lat więzienia w zawieszeniu oraz 5 tysięcy złotych grzywny. Chociaż w tym tygodniu miał odbyć się proces Mariusza Sz., oskarżony zmienił jednak zdanie i stwierdził finalnie, że jest niewinny, a oprogramowanie znajdujące się w sieci jest wspólnym dobrem ludzkości, z którego korzystanie nie powinno być w żaden sposób ograniczone. Najprawdopodobniej, argumentacja taka nie przekona raczej sędziów i pirat oprogramowania nie uniknie kary.

    © 2012-2017