Subskrybuj i oglądaj nas na:youtube

Publikujemy na:facebook

    Prawo na patent - Portal o znakach towarowych, wzorach przemysłowych.
    wtorek, 19 luty 2013 12:00

    Zamieszanie wokół prawa autorskiego

    Pierwszy Kongres Wolności w Internecie odbył się na fali burzliwych protestów przeciwko ratyfikacji ACTA, w marcu 2012 r. Drugi miał miejsce 13 lutego bieżącego roku i również wzbudził kontrowersje, głównie za sprawą planowanej ustawy o otwartych zasobach publicznych. Przedstawiciele rządu oraz organizacje pozarządowe pilnujące wolności w Internecie debatowali na temat koniecznych zmian prawa autorskiego w dobie społeczeństwa informacyjnego.

    Premier i minister Administracji i Cyfryzacji próbowali po raz kolejny rozwiać wątpliwości wokół darmowego udostępnienia dzieł kultury, edukacji i nauki wytworzonych za publiczne pieniądze w ramach otwarcia zasobów publicznych. Planowane regulacje od początku budzą szczególny opór środowisk artystycznych i organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, obawiającymi się utraty kontroli nad pracami i spadku dochodów z tytułu majątkowych praw autorskich. Rząd wprawdzie zapewnia, że chce respektować wszelkie prawa podmiotowe, ale z drugiej strony jako konieczność wskazuje przystosowanie Polski do nowoczesnej rzeczywistości, co może się wiązać z fundamentalną zmianą prawa autorskiego. Wskazano również, że nad zmianami prawa autorskiego pracuje od niedawna Komisja Europejska. Nie robi to jednak wrażenia na przedstawicielach twórców i organizacji pozarządowych, którzy uważają, że proponowane rozwiązania są jedynie chwilowym załagodzeniem sytuacji, bez rozwiązania faktycznych problemów piractwa i masowego naruszania praw autorskich w sieci.

    Najprawdopodobniej dyskusja nad ustawą o otwartych zasobach zostanie przeprowadzona raz jeszcze. Na Kongresie powołano do życia Forum Partnerów Sieci, które ma proponować nowe regulacje zmieniające aktualne prawo własności intelektualnej. Wydaje się, że konieczne zmiany należy przeprowadzić jak najszybciej, gdyż Polska jest beneficjentem bardzo dużych unijnych środków przeznaczonych na cyfryzację i rozwój dostępu do szerokopasmowego Internetu.

    piątek, 15 luty 2013 12:00

    Wynalazca Apple znowu w akcji

    Jeden z gigantów branży komputerowej, spółka Apple, nie tylko toczy patentowe boje o ochronę swoich wynalazków, ale również dba o powstawanie nowych urządzeń, którymi mogłaby zaskoczyć sowich fanów. Aktualnie inżynierowie Apple pracują nad inteligentnym zegarkiem.

    Do czego mogłoby się nadawać takie urządzenie? Jak inne produkty spółki z Cupertino, działałby on w oparciu o system operacyjny iOS, co oznacza, iż mogłyby powstawać aplikacje stworzone specjalnie dla niego. Efektem tego jego możliwości mogłyby być ogromne, ograniczone tylko fantazją i możliwościami technicznymi programistów. Mógłby też być pomocny w kontrolowaniu iPhone'a, a w szczególności w zarządzaniu muzyką, szybkim odczytywaniu SMS-ów i odbieraniu e-maili. iZegarek mógłby też zapewne łączyć się z innym najnowszym wynalazkiem Apple, o którym już pisaliśmy – iButami. Najprawdopodobniej wyposażony w taką parę biegacz mógłby na na bieżąco kontrolować swoje tętno, przebiegnięty dystans czy ilość spalonych kalorii. Dodatkowo iZegarek mógłby pełnić funkcję karty płatniczej albo klucza dostępu do sprzężonych z nim komputerów.

    Niezależnie od przewidywanych możliwości, z pewnością będzie to bardzo ciekawy wynalazek. I z pewnością też Apple pokryje go od góry do dołu patentami na wszelkie wykorzystane w nim technologie, które później być może posłużą spółce do wykorzystania w kolejnym sądowo-patentowym boju.

    Nie tylko w dziedzinie oprogramowania komputerowego toczą się często patentowe wojny podjazdowe. W lutym 2013 r. do czerwoności rozgrzała się za sprawą patentu branża oświetleniowa. Polscy producenci lamp zbulwersowali się działaniami, jakie podjął jeden ze światowych liderów sprzętu oświetleniowego – Philips. Przedstawiciele spółki składają przedsiębiorcom z tej dziedziny propozycje nie do odrzucenia. Zarówno większe, jak i mniejsze przedsiębiorstwa mają zapłacić Philipsowi wartość od 3 do 5 procent przychodu ze sprzedanych lamp, w których stosowana jest technologia LED. W przeciwnym razie spółka grozi wszczęciem postępowania sądowego.

    Czym są spowodowane tak drastyczne działania? Philips powołuje się na posiadane przez siebie patenty, jednak również na takie, które nie obowiązują w Polsce. Holenderski koncern potwierdza, że w umowie licencyjnej proponuje opłatę od 3 do 5 proc. W przeciwieństwie do przedsiębiorców, którym każe wnosić opłaty, spółka twierdzi jednak, ze wszystkie patenty, na które się powołuje, są objęte ochroną również na terytorium Polski.

    Użytkownicy Facebooka (a jest ich aktualnie na całym świecie już ponad miliard) nie wyobrażają sobie życia bez wyrażania sympatii dla postów lub zdjęć swoich przyjaciół za pomocą przycisku "Lubię to!". Czyżby jednak niedługo musieli się bez niego obyć?

    Firma Rembrandt Social Media wniosła w lutym bieżącego roku powództwo przeciwko Facebook Inc. Spółka, zajmująca się kwestiami patentowymi i reprezentująca rodzinę Johannesa Everardusa van Der Meera, zmarłego programisty komputerowego, zarzuca najpopularniejszemu portalowi społecznościowemu na świecie bezprawne wykorzystywanie rozwiązań dość oczywistych dla jego użytkowników, a rzekomo objętych patentem.

    Zdaniem powoda, serwis stworzony i zarządzany przez Zuckerberga wykorzystuje dwa opatentowane w latach 90. rozwiązania autorstwa van Der Meer. Programista zakładał wówczas rzekomo możliwość utworzenia portalu społecznościowego o nazwie SurfBook. Patentem mają być objęte tak popularne rozwiązania,jak od razu kojarzony z Facebookiem przycisk "Lubię to!" oraz oś czasu. Sąd w Wirginii będzie musiał rozstrzygnąć, czy rozwiązania wykorzystywane w Facebooku do użytkowania konta oraz wyrażania swojej sympatii dla zawartości "tablic" innych użytkowników są podobne do tych opatentowanych na rzecz zmarłego programisty.

    Rodzina programisty żąda od Facebooka odszkodowania o niewiadomej póki co wysokości.

    Pochodzący z Grecji chirurg, Kostas Konstantinides, prowadzący w swoim kraju regularną działalność gospodarczą, jednocześnie raz lub dwa razy w miesiącu wykonywał specjalistyczne zabiegi w Niemczech, po czym wracał do Grecji, a wszelkie konsultacje i opiekę pooperacyjną zapewniał personel niemieckiej placówki. Jeden z pacjentów, zaskoczony wysoką stawką za zabieg, wniósł w tej sprawie skargę do izby zawodowej lekarzy w Hesji.

    Wszczęto postępowanie dyscyplinarne i w jego wyniku żądano surowego ukarania Konstantinidesa za dwa przewinienia. Pierwszym było zażądanie zbyt wysokiej i niezgodnej z korporacyjnymi przepisami stawki za zabieg. Drugie dotyczyło reklamy usług chirurga – mianowicie na jego stronie internetowej widniały informacje o usługach świadczonych w „instytucie niemieckim” lub „europejskim”, co mogło wywołać u potencjalnych pacjentów błędne przekonanie, że chodzi o usługi w ramach stałej struktury instytucjonalnej, związanej z badaniami naukowymi. Niemiecki sąd powziął wątpliwości w kwestii kompatybilności heskich przepisów korporacyjnych ze swobodą świadczenia usług, zwrócił się więc do Trybunału Sprawiedliwości UE o wykładnię, a ten przekazał sprawę do zaopiniowania rzecznikowi generalnemu.

    Rzecznik podjął się wnikliwej analizy każdego przedstawionego zagadnienia i w lutym 2013 r. uznał, że w pierwszej kwestii Grek dysponował dopuszczalną w danym stanie faktycznym i prawnym swobodą ustalania ceny zabiegu. Dlatego też odpowiedzialność dyscyplinarna, pomimo istnienia pewnego wachlarza dowolności, musi budzić u osoby wykonującej działalność zawodową niepewność wobec prawa. Zaś wyjątkowo wysoka kara – w przedmiotowej sprawie sięgająca 50 000 euro – połączona z uznaniem za nielegalne wykonywaniem zawodu stanowi oczywiste ograniczenie swobody świadczenia usług.

    Natomiast w sprawie wątpliwej reklamy, rzecznik uznał, że w materii tak ważkiej jak ludzkie życie i zdrowie, reklama małej, prywatnej kliniki przedstawiająca ją jako instytucję prowadzącą badania naukowe może wprowadzić w błąd pacjentów i podlega karze. Jednakże, zastrzeżenia co do nadmiernej wysokości kar dyscyplinarnych w państwie przyjmującym świadczącego usługi są również w tej materii aktualne.

    poniedziałek, 11 luty 2013 12:00

    Kserowanie praw autorskich

    Kopiowanie podręczników szkolnych i akademickich to zjawisko, które zaistniało praktycznie jednocześnie z rozpowszechnieniem kserokopiarek. Do dziś budzi wiele kontrowersji, zwłaszcza, że w ostatnich latach wzrosło na niespotykaną dotychczas skalę. Z jednej strony takim praktykom kategorycznie sprzeciwiają się wydawcy, którzy książki specjalistyczne wydają w małych nakładach i w związku z tym wysokich cenach, a z drugiej strony studenci i uczniowie chętnie korzystają z wszelakich punktów ksero oraz internetowych portali umożliwiających udostępnienie cyfrowej publikacji, gdyż zarówno cena, jak i dostępność książek stanowi dla nich barierę trudną do przeskoczenia.

    Spór pozornie przygasł, ale kilka dni temu akcja informacyjna Centrum Cyfrowego "Projekt: Polska" rozsierdziła wydawców na nowo. Hasło budzące kontrowersje brzmiało: „Pamiętaj: możesz skserować albo zeskanować całą książkę – nawet w bibliotece!” i zdaniem oficyn wydawniczych jest jawnym nawoływaniem do łamania prawa. Zwłaszcza, że akcja odbyła się bezpośrednio przed sesją, kiedy studenci poszukują źródeł naukowych przed egzaminami. Zdaniem wydawców, dozwolony użytek ogranicza się do kopiowania własnej, kupionej książki, natomiast kserowanie zasobów bibliotecznych i ich dalsze udostępnianie jest łamaniem prawa. Przedstawiciele Centrum, zaskoczeni reakcją rynku wydawniczego, wskazują, że kopiowanie książki w bibliotece jest zgodne z prawem, gdyż jest to wciąż działanie w ramach dozwolonego użytku. Prawo autorskie nie wskazuje żadnego konkretnego rodzaju publikacji ani nie stawia ograniczeń co do liczby stron, więc – dla użytku osobistego – kopiowanie jest legalne. Dopiero bezprawne rozpowszechnianie np. w Internecie lub kserowanie na masową skalę w celach zarobkowych jest łamaniem prawa.

    Wokół kopiowania książek narosło w ostatnich latach wiele mitów i niedopowiedzeń. Studenci i uczniowie kopiują książki bez świadomości swoich praw czy obowiązków. Wydaje się więc, że akcje informacyjne poszerzające wiedzę o prawie autorskim, możliwościach jakie niesie ze sobą dozwolony użytek oraz ochronie praw wydawców są niezbędne, choć wciąż pozostaje pytanie – na ile zastąpią one skuteczne egzekwowanie obowiązującego prawa lub jego mądrą nowelizację?

    piątek, 08 luty 2013 12:00

    Patent na iButy

    Jedna z najdroższych spółek na świecie, Apple, opatentowała inteligentne buty. Ich intelekt będzie, rzecz jasna, ograniczony i niestety nie odpowiedzą na dręczące ludzkość egzystencjalne rozterki i raczej nie poradzą sobie z fizyką kwantową, ale za to poinformują posiadacza o równie ważkich problemach: o swoim zużyciu, przebytym dystansie i zdatności do dalszego użytku. Internauci pytają – czy ten pomysł ma jakąkolwiek przyszłość? Czy może nad Cupertino zawisły gęste opary absurdu?

    Patent obejmuje zamontowane w obcasach i podeszwie sensory, które mają na bieżąco informować użytkownika o pokonanych odległościach, ale ma to mieć również zastosowanie wykraczające poza prozaiczne zaspokojenie ciekawości. Przede wszystkim, buty od Apple poinformują właściciela czy noga otrzymuje odpowiednią ilość ruchu w ramach rehabilitacji, lub przeanalizują aktywność dzieci. Ponadto, gdy będą nienadające się do użytku, wyślą SMS z informacją, że warto się zastanowić nad ich zmianą. Powyższe dane mogą być również przesłane na telefon i inne urządzenia mobilne. Dodatkowo, użytkownik ma możliwość poznania przenoszonego na butach ciężaru, liczby kroków czy swojego tempa.

    Jednym z cytatów najlepiej oddających filozofię Steve'a Jobsa jest teza, iż "Ludzie nie wiedzą czego chcą, dopóki im tego nie pokażesz". Zdaje się, że gigantyczny sukces Apple wyrósł właśnie na zręcznym kreowaniu ludzkich potrzeb. Czy inteligentne buty z logo nadgryzionego jabłka znajdą jakiekolwiek praktyczne zastosowanie? Na pewno zyskają uznanie osób często lub półprofesjonalnie uprawiających sport - będą mogły wyliczyć tętno czy ilość spalonych kalorii. Czy staną się hitem, jak inne produkty Apple? Czas pokaże.

    15 stycznia 2013 r. Naczelny Sąd Administracyjny wydał interesujące orzeczenie z zakresu wzorów użytkowych. 5 września 2008 r. do Urzędu Patentowego wpłynął sprzeciw wobec decyzji o udzieleniu prawa ochronnego na wzór użytkowy zbiornika, ze względu na brak nowości wzoru. Zbiornik według spornego wzoru użytkowego był już w dacie zgłoszenia produkowany od kilku lat. Technologia wytwarzania tych zbiorników została opracowana przed 2003 r.

    Urząd Patentowy unieważnił prawo ochronne na sporny wzór użytkowy. Właściciel wzoru wniósł skargę do WSA, podważając materiał dowodowy. Sprawa skończyła się kasacją.

    Istota problemu w rozpoznawanej sprawie sprowadzała się do ustalenia, czy doszło do publicznego ujawnienia wszystkich istotnych cech rozwiązania przed datą jego zgłoszenia, które spowodowało utratę przesłanki nowości tego rozwiązania. Rozpatrujący sprawę sąd uznał, że faktura dotycząca nabycia zbiornika dwupołówkowego wykonanego zgodnie z projektem budowlanym, który został udostępniony jeszcze przed wystawieniem faktury, zawierającym wszystkie istotne cechy znamienne spornego wzoru użytkowego, może stanowić dowód w sprawie.

    Sąd stwierdził, że zbiornik będący przedmiotem spornego wzoru użytkowego w dniu zgłoszenia do Urzędu Patentowego był już znany i nie posiadał cechy nowości, skutkiem czego nastąpiło unieważnienie prawa ochronnego na ten wzór. Wykorzystanie wzoru w handlu powinno zostać udowodnione w taki sposób, żeby nie było wątpliwości co do daty, w której to nastąpiło, a sposób ujawnienia był taki, że mogli się z nim zapoznać specjaliści z danej branży.

    Z uwagi na powyższe, dowodem potwierdzającym wcześniejsze publiczne ujawnienie wzoru użytkowego przez jego stosowanie przed datą, według której oznacza się pierwszeństwo do uzyskania prawa ochronnego skutkujące utratą nowości mogą być faktury sprzedaży wraz z dokumentacją techniczną przedstawiającą wszystkie zastrzeżone cechy znamienne rozwiązania stanowiącego wzór użytkowy wraz z załączonym oświadczeniem kupującego poświadczającym nabycie tego rozwiązania z określoną datą pewną.

    Do tej pory sposób kupowania książek, czy to w formie papierowej, czy też e-booków, był oczywisty. Cena za książkę obejmuje jeden wolumin, od przysłowiowej deski do deski. Teraz ta metoda przestała być jednak oczywistością – izraelska nowo założona spółka chce rozkręcić biznes polegający na wydzielaniu czytelnikowi za opłatą poszczególnych stron.

    Spółka TotalBooX chce zaproponować taką właśnie sprzedaż książek. Motywuje to tym, iż często konsument nie jest do końca przekonany, czy dana książka będzie mu odpowiadać i wolałby to sprawdzić, ewentualnie może też zostawić w połowie przeczytaną książkę, gdyż ta go po prostu nie ciekawi. Korzystając z opłat za ilość przeczytanych stron, konsument nie musiałby płacić tyle, co za całą książkę, która finalnie go nie zainteresowała.

    Nowatorska izraelska platforma oferuje już wybór aż 10 tysięcy e-booków, a będą one też na systemy iOS i Android. Na początku korzystania z tej ciekawej usługi każdy nowy czytelnik otrzyma w prezencie pakiet w wysokości 2 dolarów do wykorzystania na zamówione strony. Jednak później za kolejne, będzie już pobierana opłata.

    Założyciel spółki planuje też zintegrować swą platformę z mediami społecznościowymi, a także rozważa umożliwienie dzielenia się książkami z przyjaciółmi.

    Taka metoda sprzedaży książek budzi jednak pewne uzasadnione pytania natury prawnej – czy nieuczciwi czytelnicy nie będą próbować wykorzystać jej do lektury książek ściąganych jako pirackich plików. Książki udostępniane w sieci mają bowiem zazwyczaj "dziury" w postaci brakujących stron, w ramach ochrony przed naruszaniem praw autorskich. Nowa metoda zakupu książek on-line może więc udostępnić możliwość dokupienia brakujących stron pirackiej wersji danej książki.

    Nie ulega wątpliwości, że Apple z zacietrzewieniem broni swoich praw do wynalazków, wzornictwa czy znaków towarowych. Szerokim echem w technologicznym półświatku odbijały się poczynania spółki z Cupertino, zastrzegającej dla siebie kształt kwadratu z zaokrąglonymi rogami, pozywającej małych przedsiębiorców ze względu na nikłe podobieństwo nazw lub oznaczeń albo skuteczne blokowanie dystrybucji produktów konkurencji na dużych rynkach. Jak się okazało, taka praktyka ma obosieczne ostrze.

    Brazylijski producent elektroniki, Gradiente, już w 2008 roku bez problemów zarejestrował w urzędzie nazwę „iPhone” i pod koniec 2012 roku wypuścił na rynek właśnie tak nazwany telefon działający w oparciu o system operacyjny Android. Jednocześnie, korzystając z ochrony wynikającej z rejestracji nazwy, postanowił uniemożliwić dystrybucję smartfonów Apple. Sąd uznał, że prawo stoi po stronie Gradiente i w efekcie Apple musi zmienić nazwę swojego telefonu na rynku brazylijskim lub... zupełnie wycofać się ze sprzedaży. Ponadto, ma obowiązek wycofać z obrotu w Brazylii wszelkie produkty i aplikacje zawierające słowo „iPhone” w nazwie. Zgodnie z brazylijskim ustawodawstwem, Gradiente ma wyłączność na nazwę „iPhone” aż do 2018 roku.

    Jak widać, walka o posiadaną własność przemysłową może zakończyć się niekorzystnie nawet dla globalnego potentata. Jednakże, jak przewidują eksperci, najprawdopodobniej pomiędzy obiema spółkami dojdzie do porozumienia lub ugody, dzięki czemu Gradiente zarobi krocie, a Apple rozwinie dystrybucję na największym rynku Ameryki Południowej.

    © 2012-2017