Prawo na patent - Portal o znakach towarowych, wzorach przemysłowych.
    piątek, 28 wrzesień 2012 12:00

    Microsoftu walka z (chińskimi) wiatrakami

    Problemów z pirackim wykorzystywaniem programów komputerowych nie dostarczają producentom oprogramowania wyłącznie pojedynczy, drobni użytkownicy. Agencja Bloomberg podaje, iż najbardziej znany wytwórca oprogramowania komputerowego, Microsoft, wysłał niedawno prośbę do chińskiego rządu, aby tamtejsze instytucje rządowe przestały używać nielegalnego oprogramowania i rozpoczęły wykorzystywanie oryginalnych programów.

    Adresatami prośby o nieużywanie pirackich wersji oprogramowania Microsoft są cztery należące do chińskiego rządu przedsiębiorstwa. Co więcej, nie są to wcale jakieś niewielkie agencje, ale wielkie przedsiębiorstwa. Mowa konkretnie o China Railway Construction, China Post, TravelSky oraz China National Petroleum Corp., której dochody w 2011 r. wynosiły ponad 240 miliardów dolarów. Jak wynika z działań podjętych przez Microsoft, stopień wykorzystywania pirackich wersji oprogramowania Microsoft wyniósł w tych przedsiębiorstwach od 40 do 100%.

    Szacowane straty Microsoftu wynikające z tak dużej skali piractwa w chińskich rządowych przedsiębiorstwach są ogromne, szczególnie biorąc pod uwagę liczbę osób zatrudnionych w tych podmiotach, a więc liczbę używanych programów. Microsoft nie ma jednak środków, aby przymusić chiński rząd do zakupu legalnych wersji oprogramowania.

    Co więcej, Chińczycy twierdzą, że skala wykorzystywania nielegalnych programów Microsoft została przez ten ostatni stanowczo zawyżona, a winę na korzystanie z pirackich wersji zrzucają na najniższe rangą w agencjach podmioty, które ciężko zidentyfikować. Microsoft będzie miał więc nielichy problem z wyegzekwowaniem w Chinach swoich praw.

    czwartek, 27 wrzesień 2012 15:15

    Apple przyłapany na gorącym uczynku

    Amerykański gigant komputerowy Apple jest dobrze znany nie tylko ze względu na innowacyjne i stylowe produkty, ale i na zdecydowaną łatwość w pozywaniu najróżniejszych podmiotów o rzekome naruszenia własności przemysłowej firmy. Oskarżenia te są raz bardziej, a raz mniej wiarygodne. Ostatnio jednak to Apple stał się adresatem oskarżeń dotyczących naruszenia praw własności intelektualnej.

    SBB, narodowy przewoźnik kolejowy Szwajcarii, rzucił oskarżenie wobec Apple, iż amerykańska spółka wykorzystała bezpodstawnie wygląd zegara umieszczanego na szwajcarskich dworcach kolejowych. Wizerunek zegara został użyty w nowym systemie operacyjnym Apple, OS X Mountain Lion.

    Zegar, będący projektem Hansa Hilfikera, znanego szwajcarskiego inżyniera i projektanta, dokonanym w 1940 r., stanowi ikonę Szwajcarii. Zegar jest okrągły, ma białe tło, czarne kreski na oznaczenie minut i godzin, proste czarne wskazówki i charakterystyczny czerwony sekundnik zakończony kołem. Wyłączne prawa do jego wizerunku posiadają szwajcarskie linie kolejowe SBB. Chociaż SBB udziela licencji do prawa na wykorzystanie wizerunku słynnego zegara producentom zegarków na całym świecie, Apple nie pokwapiło się o uzyskanie takiej zgody.

    Przewoźnik, którego prawa naruszono, oczekuje od Apple zadośćuczynienia. Zakładając brak woli ugodzenia się ze strony Apple, SBB jest zdecydowany na walkę sądową.

    środa, 26 wrzesień 2012 12:00

    Kłopot z niedopilnowanym znakiem towarowym

    19 września 2012 r. Sąd Pierwszej Instancji Unii Europejskiej wydał orzeczenie w sprawie przedłużania ochrony wspólnotowych znaków towarowych.

    28 stycznia 2008 r. Urząd Harmonizacji Rynku Wewnętrznego (OHIM) powiadomił kancelarię, która obsługiwała właściciela znaku, że okres ochrony znaku towarowego upływał w dniu 26 sierpnia 2008 r. i że wniosek o przedłużenie prawa z rejestracji należy złożyć do dnia 1 września 2008 r. Uprawniony do znaku nie przedłużył jednak swojego prawa z rejestracji znaku towarowego. W konsekwencji ochrona znaku wygasła, o czym urząd poinformował jego właściciela.

    2 czerwca 2009 r. właściciel znaku złożył wniosek o przywrócenie stanu poprzedniego, wyjaśniający przyczyny, dla których nie była on w stanie dochować terminu do przedłużenia swojego prawa z rejestracji. Na poparcie tego wniosku przedstawił też złożone pod przysięgą oświadczenie wspólnika kancelarii reprezentującej go w sprawie przedłużenia znaku.

    W myśl tego oświadczenia, kancelaria ta używała skomputeryzowanego systemu zarządzania rejestracjami i przedłużeniami praw z rejestracji o nazwie „Inprotech”, który wygenerował i wysłał przypomnienia o konieczności przedłużenia amerykańskiemu przedstawicielowi właściciela znaku w dniach 1 kwietnia, 1 czerwca i 1 lipca 2008 r. Następnie 18 sierpnia 2008 r. kancelaria otrzymała polecenie dokonania przedłużenia prawa z rejestracji znaku towarowego. Jednak z powodu omyłki polecenie to nie zostało przekazane właściwemu pracownikowi w celu jego wykonania. Dodatkowo, z powodu awarii, system „Inprotech” nie wygenerował przypomnień o konieczności dokonania przedłużenia trzy, cztery miesiące i pięć miesięcy po upływie terminu do dokonania przedłużenia. W rezultacie, przedłużenie ochrony znaku nie zostało dokonane ze względu na błąd ludzki oraz błąd systemu informatycznego. Decyzją z 26 kwietnia 2010 r. OHIM oddalił jednak złożony wniosek o przywrócenie stanu poprzedniego i potwierdził wykreślenie wspólnotowego znaku towarowego z rejestru.

    W swoim wyroku Sąd stwierdził, że postanowienia odpowiedniego artykułu z rozporządzenia o wspólnotowym znaku towarowym powinny podlegać wykładni zawężającej, ponieważ dochowanie terminu stanowi bezwzględną przesłankę procesową. Sąd uznał też, że w przypadku gdy strona zdecyduje się na korzystanie z usług profesjonalnego pełnomocnika, obowiązek zachowania należytej staranności rozciąga się również na tego pełnomocnika. Co więcej, zdaniem Sądu okoliczności zaszłe w sprawie nie mogą zostać uznane za nadzwyczajne i nieuniknione. Po pierwsze, menedżer odpowiedzialny w kancelarii za przedłużenia praw z rejestracji zapomniał wydać konieczne polecenia swemu personelowi . Po drugie, amerykański przedstawiciel właściciela znaku podjął działania dopiero osiem miesięcy później, odkrywając na stronie internetowej OHIM, że prawo z rejestracji nie zostało przedłużone. Dodatkowo, kancelaria odpowiedzialna za przedłużenie znaku bazowała na tylko jednym systemie, w tym wypadku „Inprotech” i nie wzięła pod uwagę pisma OHIM z 28 stycznia 2008 r. wyznaczającego jej dwa terminy do złożenia wniosku i uiszczenia opłat. Zdaniem Sądu, w przedmiotowej sprawie żaden z podmiotów za to odpowiedzialnych nie dołożył należytej staranności, co zdecydowało o odrzuceniu roszczenia właściciela znaku, choć właściciel znaku twierdził, że przy ocenie wymaganej staranności właściciela znaku towarowego i jego przedstawicieli OHIM zastosował błędne i zbyt surowe kryteria prawne.

    wtorek, 25 wrzesień 2012 12:00

    Etykieta towaru nie tylko reklamą producenta

    Wydawać by się mogło, że o tym, co znajdzie się na etykiecie oferowanego konsumentom produktu, decyduje wyłącznie jego wytwórca. Gdyby tak było, większość etykiety zajmowałby pewnie dobrze widoczny znak towarowy producenta lub marka produktu. Tak jednak nie jest, a treść etykiety regulowana jest przepisami prawnymi, które jakiś czas temu obłożono obostrzeniami, a które staną się egzekwowalne w 2014 r.

    13 grudnia 2011 r. weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie przekazywania konsumentom informacji na temat żywności, Celem rozporządzenia jest umożliwienie konsumentom podejmowania bardziej świadomych wyborów dotyczących żywności i diety. Zgodnie z rozporządzeniem, producenci żywności, decydujący o treści etykiet ich produktów, zobowiązani zostaną do zamieszczania na etykietach obszerniejszych i bardziej precyzyjnych informacji dotyczących ich składu i pochodzenia. Kolejną zmianą jest wprowadzenie szczegółowych zasad dla zwiększenia czytelności etykiet. Sposobem na to ma być między innymi określenie wielkości czcionek czy wprowadzenie zasad wyróżniania poszczególnych informacji. Na etykietach obowiązkowo będą musiały być zawarte informacje o między innymi wartości energetycznej, ilości tłuszczu, kwasów tłuszczów nasyconych, węglowodanów, cukrów, białka i soli czy określenie miejsca pochodzenia. Rozporządzenie zawiera też obowiązek podawania w przypadku produktów, które mogą sprawiać wrażenie, że stanowią jeden kawałek mięsa lub ryby, dodatkowych informacji – „z połączenia kawałków mięsa” lub „z połączenia kawałków ryby” oraz podawania w przypadku zamrożonego mięsa, wyrobów mięsnych i nieprzetworzonych produktów rybołówstwa daty zamrożenia lub daty pierwszego zamrożenia.

    Takie oraz inne obowiązkowe informacje na temat żywności muszą być zgodnie z rozporządzeniem nieusuwalne, nie mogą być w żaden sposób ukryte, zasłonięte, pomniejszone ani przerwane innymi nadrukami i ilustracjami.
    Przepisy rozporządzenia stosuje się od 13 grudnia 2014 r.

    poniedziałek, 24 wrzesień 2012 18:37

    Dowód na oryginalność programu komputerowego

    W przypadku toczenia się procesu dotyczącego legalności oprogramowania oskarżony, jak w każdym procesie karnym, musi udowodnić swoją niewinność. W przeciwieństwie do oskarżonego, prokurator nie musi przedkładać dowodów na to, gdzie zakupiono czy skąd została ściągnięta nielegalna kopia oprogramowania.

    Posiadanie kopii programu komputerowego z nielegalnego źródła stanowi już wystarczający dowód przestępstwa z art. 278 paragraf 2 kodeksu karnego, gdzie samo posiadanie uzyskanego bez zgody osoby uprawnionej postawione jest na równi z kradzieżą takiego oprogramowania.

    W celu wykazania swojej niewinności, oskarżony musi przedstawić świadczące o nie dowody, a więc dowody legalności kopii przedmiotowego oprogramowania. Takim dowodem może być przykładowo oryginalny nośnik, na którym zapisane jest to oprogramowanie (płyta DVD lub CD), oryginalne opakowanie, dowód zakupu (faktura VAT, paragon, rachunek), certyfikat autentyczności lub klucz sprzętowy.

    W praktyce orzeczniczej utwierdziło się stanowisko, że bezspornym dowodem na legalność oprogramowania jest posiadanie dwóch dowodów z przedstawionych powyżej lub podobnych. Nie jest to jednak warunek obowiązkowy, ponieważ dowody rozważane są przez sąd każdorazowo indywidualnie dla danej sprawy.

    Dla użytkowników programów internetowych na płatnej licencji oznacza to niewygodę w postaci konieczności przechowywania opakowania, rachunku czy oryginalnego nośnika. W takim przypadku lepiej się jednak zabezpieczyć, kosztem przechowywania faktury czy opakowania. W przypadku zakupu oprogramowania on-line czy w postaci pliku, dowodem na jego oryginalność będzie potwierdzenie dokonania opłaty lub korespondencja e-mail.

    Na początku września 2012 r. Samsung przegrał sprawę z powództwa Apple o naruszenia opatentowanych na rzecz tej ostatniej spółki technologii. Spór toczący się pomiędzy gigantami branży komputerowej był długi i zażarty, ale finalnie to Samsung musi wypłacić Apple ogromne odszkodowanie.

    Apple domaga się w ramach wynagrodzenia strat poniesionych z powodu wykorzystywania przez Samsunga chronionych na rzecz spółki rzecz technologii wypłaty niemal trzech miliardów dolarów, a dokładnie 2,75 miliarda dolarów. Tak wysokie roszczenia przegrany Samsung uznał za absurdalne, w związku z czym Samsung postanowił przedstawić wykres ukazujący, co można sfinansować za taką kwotę i przedłożyć go w sądzie.

    Zgodnie z wykresem, tańsze niż koszty naruszeń były budowy mostu Golden Gate (1,2 miliarda dolarów) czy 260-metrowego wieżowca Transamerica Pyramid w San Francisco (176 milionów dolarów). W kwocie odszkodowania zmieściło się nawet wysłanie łazika Curiosity na Marsa (2,6 miliarda dolarów).

    Sąd, który wydał wyrok w sprawie, nie dał się jednak przekonać wykresowi Samsunga. Nie ma bowiem w amerykańskim prawie patentowym ani procesowym przeciwwskazań do tego, aby koszt zadośćuczynienia w procesie o naruszenie patentu opiewał na tak gigantyczną kwotę, wyższą nawet od kosztu wysłania robota na inną planetę. Z pewnością można na tym przykładzie uznać, że inwestowanie w innowacje i ich ochronę może być bardzo opłacalne.

    czwartek, 20 wrzesień 2012 11:50

    Dyrektywa o literackich sierotach

    W archiwach i bibliotekach w całej Europie spoczywa ogromna ilość dzieł literackich, które nie mogą być publicznie udostępnione ze względu na niemożność ustalenia ich autorstwa. Takie dzieła zwane są dziełami osieroconymi. Ze względu na to, że nie można zidentyfikować ich autorów, a potem do tych autorów dotrzeć, aby udzielili oni zgody na korzystanie z napisanych przez nich książek, prawo autorskie uniemożliwia publiczne wykorzystanie takich dzieł.

    13 września 2012 r. Parlament Europejski przeprowadził pierwsze czytanie projektu dyrektywy w sprawie dzieł osieroconych. Dyrektywa została pozytywnie przegłosowana zdecydowaną większością głosów. Politycy europejscy chcą tym sposobem ułatwić dostęp do dzieł literackich, o których nie wiadomo, kto jest ich autorem i komu przysługują prawa autorskie do nich.

    Wydaje się, że pomysł, który przewiduje dyrektywa, jest dobry, gdyż jego założeniem jest udostępnienie wartościowych treści literackich, do których dostęp blokują głównie kwestie formalne. Należałoby jednak zapewnić za pomocą dyrektywy ochronę dzieł anonimowych, które są umyślnie wypuszczane na rynek przez ich autorów bez podania jakichkolwiek danych umożliwiających ich identyfikację.

    Projekt dyrektywy przewiduje też skrócenie czasu trwania autorskich praw majątkowych oraz możliwość zrzeczenia się praw autorskich i przeniesienia dzieła do domeny publicznej, czyli udostępnienie jej do powszechnego kopiowania i rozpowszechniania.

    środa, 19 wrzesień 2012 12:00

    Informowanie zamiast karania

    W związku ze skalą naruszeń praw autorskich do książek, ze względu na ich powszechne kopiowanie, wydawcy co chwila rzucają nowe propozycje, jak można zaradzić powstałej sytuacji. Podejmują też działania prawne, jak choćby wniesienie powództwa przeciwko serwisowi umożliwiającemu gromadzenie plików między innymi w formacie pdf, chomikuj.pl. Pozew został złożony latem bieżącego roku przez Polską Izbę Książki.

    Niedawno przez Polskiej Izby Książki, Włodzimierz Albin, przedstawił najnowszy pomysł Izby. Jej członkowie doszli najwyraźniej do wniosku, że naruszenia nie wynikają zawsze ze złej woli, ale też często z niewiedzy, zaproponowali bowiem umieszczanie na początku książek swoisty katalog dotyczący podstawowych zasad prawa autorskiego. Katalog ten miałby przedstawiać możliwości sytuacji, w których można legalnie kopiować czy w inny sposób rozpowszechniać treść książki. Sama książka przekazywać by więc miała, że można ją kopiować na własny użytek, pożyczać rodzinie i znajomym, ale już nie kopiować do powszechnego użytku. Taki przekaz miałby też informować użytkownika książki, że nad jej powstaniem pracowało wiele osób, przykładowo autor, wydawca czy ilustrator, którzy zasługują na swoje wynagrodzenie, a nie na uszczuplanie ich praw poprzez bezprawne kopiowanie i rozpowszechnianie treści książki.

    Według przewodniczącego Polskiej Izby Książki, zdania co do pomysłu są podzielone. Za jego zaletę można z pewnością uznać chęć informowania o przysługujących prawach, zamiast straszenia konsumenta hipotetycznymi konsekwencjami prawnymi naruszeń.

    Zgodnie z danymi przedstawionymi przez stowarzyszenie twórców dzieł naukowych i technicznych Kopipol, w ciągu jednego roku w Polsce kseruje się około 5 milionów stron, z czego zdecydowaną większość stanowią publikacje naukowe. Również bardzo wiele najnowszych egzemplarzy beletrystyki jest dostępna w internecie niemal tuż po premierze. Według raportu "Polski rynek książki", straty ze względu na nielegalne kopiowanie książek szacowane są szacowane na co najmniej 9 milionów złotych rocznie.

    wtorek, 18 wrzesień 2012 09:59

    Czerwona podeszwa nie dla każdego

    Na początku września 2012 r. nowojorski Sąd Apelacyjny (Second Circuit Court of Appeals) orzekł w sprawie między dwoma gigantami na rynku mody - Christian Louboutin S.A. oraz Yves Saint Laurent Am. Holding, Inc. Sprawa dotyczyła znaku towarowego i jednocześnie najbardziej znanej wizytówki firmy Louboutin - czerwonej lakierowanej podeszwy buta. Buty z taką podeszwą stanowią przedmiot niemal kultu amatorek mody na całym świecie.

    Po wprowadzeniu do sprzedaży przez YSL monochromatycznych czerwonych butów na szpilce, Louboutin, słynny na całym świecie producent luksusowego obuwia, pozwał YSL twierdząc, iż produkt oferowany przez Yves Saint Laurent zawiera zarejestrowany na jego rzecz znak towarowy, jakim jest czerwona lakierowana podeszwa. Sąd niższej instancji orzekł, iż znak towarowy Louboutin został określony wadliwie, gdyż sam kolor nie może stanowić znaku towarowego. Ponadto sąd odmówił firmie Louboutin S.A. prawa do blokowania sprzedaży czerwonych butów przez firmy konkurencyjne.

    Sąd Apelacyjny nie przychylił się jednak do tego stanowiska. W wyroku z 5 września 2012 r. uznał, iż Christian Louboutin jest uprawniony (na podstawie przysługującego mu na terenie Stanów Zjednoczonych prawa do znaku towarowego) do domagania się zakazania swoim konkurentom oferowania butów charakteryzujących się lakierowaną czerwoną podeszwą. Sąd wskazał, iż podeszwy te nabyły charakter odróżniający i klienci łączą je z firmą Christian Louboutin S.A. Sąd stwierdził też jednak, że ten znak towarowy może być należycie chroniony tylko wtedy, gdy występuje łącznie z kontrastującą górną częścią buta.

    W ten sposób sąd orzekając, iż sam pojedynczy kolor może stanowić pełnowartościowy znak towarowy, wprowadził istotne z punku widzenia pozostałych producentów obuwia ograniczenie. Czerwona podeszwa pozostanie więc prawdopodobnie synonimem obuwniczego luksusu.

    poniedziałek, 17 wrzesień 2012 12:01

    BlackBerry kontratakuje

    Research In Motion, kanadyjska spółka będąca producentem sprzętu marki BlackBerry, również dołączyła do technologicznego wyścigu w przedstawianiu najnowocześniejszych i najmodniejszych produktów na rynku gadżetów elektronicznych. Do tej pory spółka była znana głównie z wypuszczania na rynek telefonów marki BlackBerry, będących kilkanaście lat temu, pod koniec lat 90., jednym z pierwszych smartfonów. Research In Motion była prekursorem udostępniania usług internetowych i korzystania z poczty e-mail poprzez telefon komórkowy.

    Aktualnie kanadyjski producent przegrywa z takimi koncernami jak Apple czy Samsung, wypuszczającymi do tej pory na rynek technologiczny hit za hitem. Również Research In Motion chce jednak dorównać konkurentom. W związku z tym spółka postanowiła unowocześnić jedyny posiadany w jej ofercie tablet, BlackBerry PlayBook. Tablet jest co prawda jeden, ale za to w kilku odsłonach. Rozwiązanie, które być może zostanie wykorzystane w najnowszej z nich, zostało ostatnio zgłoszone w procedurze patentowej przez RIM.

    Najnowsze zgłoszenie patentowe spółki obejmuje tablet z chowaną klawiaturą. W obudowie urządzenia ma znajdować się zamontowana pokrywa służąca do ukrywania klawiatury. Idea urządzenia jest taka, że chowana klawiatura ma być na pierwszy rzut oka niewidoczna. Dzięki specjalnym zawiasom, w czasie korzystania z klawiatury, tylna pokrywa ma służyć jako podpórka tabletu ułatwiająca pisanie.

    Patent ten wpisuje się w ostatni trend wymyślania przez wielkie koncerny elektroniczne sposobów na dodanie jak najlżejszych i najbardziej funkcjonalnych klawiatur do urządzeń takich jak tablety, które z założenia miały być początkowo pozbawione klawiatur innych niż dotykowe.